Agencja - Biuro nieruchomości Kraków, Wrocław, Gliwice
GWROTA
panteon
stv
Wgraj obrazek o tytule jib2016.jpg do katalogu /images/belki/statyczne/

 

 JUS IN BELLO 2016

 

Podróż

 

Mało nie spóźniłam się na samolot z Warszawy. Tak, na drugi raz nie należy stawać na punktualność Polskiego Busu, bo miał godzinne opóźnienie i zamiast o 10:15, dojechałam na stacje Metro Młociny po 11. Do tego, zamiast zabrać się taksówką, optymistycznie postanowiłam dojechać na lotnisko komunikacją miejską, patrz kilka przystanków metrem, a później autobusem 188 (tak, oczywiście, wyszłam nie tym przejściem co trzeba i zmarnowałam 10 cennych minut). Na lotnisko dotarłam o 11:50, bramkę zamykano o 11:55. Odprawa była już zamknięta, na szczęścia miałam ze sobą tylko bagaż podręczny, więc miotając się od informacji przez ochronę po kontrolę wpadłam na „odprawy" z wywieszonym językiem, rozwiązanym sznurowadłem i mocno dzierżoną w dłoni przezroczystą torebkę z akcesoriami w płynie. Bramka 38 musiała obowiązkowo być dalekooo. Leciałam, krzycząc „Nie mówcie, że już zamknęliście". Nie zamknęli. Asia z pokładu samolotu słała mi rozpaczliwe sms-y, ale co jeszcze dziwniejsze, za mną przycwałowało chyba jeszcze z 6 różnych osób.

Później podróżowałyśmy wiele, najczęściej autobusem Cotrala z Lido na lotnisko Fiumicino â czasami Cotral chodził według rozkładu, z czasami nie, niekiedy przystawał na przystankach na żądanie, a czasem nie, ale kosztował jedyne 1,50 za bilet, więc niechaj mu będzie. Pojeździłyśmy metrem w Rzymie (Jailbreak jest najbliżej Ponte Mammolo na linii B, jakby co) i kolejką podmiejską do Lido. Acha, zarówno metro, jak i kolejka chodzą jedynie do 23:30, więc wierzcie mi, bieg do ostatniej kolejki zapamiętam na długo - mało płuc nie wyplułam, kolano bolało jak smok, nie pomagało nawet popychanie przez Gośkę, za to bardzo pomogło, kiedy mocarnym ruchem rozsunęła zasuwające się właśnie drzwi kolejki (inaczej we trójkę z Beatą zostałybyśmy po niewłaściwej stronie lustra). Do rodzajów podróżowania można dorzucić taksówkę, którą Natalia, Kasia i Asia przyjechały po północy z lotniska Ciampino, bo inaczej się nijak nie dało, a po powrocie do kraju warszawską skm-kę z lotniska i pociąg - biletomaty na kartę płatniczą to niegłupi pomysł, nie trzeba szukać kas biletowych.

 Lokum

Tym razem wybrałyśmy większy apartament w Lido di Ostia, z trzema sypialniami i salonem z wielką sofą. Po Lido błądziłyśmy nieco mniej niż w zeszłym roku, ale pierwszy raz też zakosami, a i przez jakiś czas zdarzało nam się chodzić „opłotkami". W przeciwieństwie do bogatej gościny z zeszłego roku, lodówka i szafki kuchenne świeciły pustkami, więc z rozwagą odwiedzałyśmy Carrefour. Lokum było ciemne jak w d... u Murzyna i zimnawe (zwłaszcza pierwszej nocy), a właścicielka ani jej siostrzenica nie bardzo władały angielskim. Nie chciały się także zgodzić na 8 osób, więc musiałyśmy udawać, że jest nas tylko 6. Pierwszego wieczoru wykładałyśmy pieniądze i przez chwilę byłyśmy biedne jak myszy kościelne, nie darowano nam depozytu (ale zamiast 300 euro, zgodziły się na 150 i uznały go w postaci wcześniejszej przedpłaty), a drugiego dnia rano brakowało wody, a potem okazało się, że wysiadł bojler na gaz, więc dzwoniłyśmy po pomoc. Beata została na placu boju, rozmawiając radośnie z dwoma Włoszkami, sąsiadką i jakimś panem złotą rączką, podczas gdy reszta długo i usilnie szukała deptaku zapamiętanego z zeszłego roku, bo Gośka marzyła o calzone w tamtejszej pizzerii. Okazało się, że trzeba było kupić nowe baterie, co się udało i zadziałało przed powrotem sióstr marnotrawnych. Mimo to woda miała swoje kaprysy, należało odczekać kilka dobrych minut, nim popłynęła ciepła, a później zdarzał się wrzątek. Ręczników było w bród, gorzej z pościelą, bo z niektórych koców wychynały rybiki, ale ogólnie nie było źle za 113 euro na łebka. W Hiltonie płaci się tyle za jedną nockę. Trochę nas rozśmieszyła siostrzenica właścicielki, która nim oddała nam depozyt długo i skrupulatnie przeliczała wszystkie ręczniki, szklanki i sztućce. Nie, żadna z nas nie wzięła niczego na pamiątkę.

 Jedzenie

Na śniadania to i owo z Carrefouru, choć raz z Kasią zaszalałyśmy i kupiłyśmy pomidory, mozarellę i bazylię na sałatkę caprese. Z czasem zaczęłam jadać to samo co ruda Asia, czyli płatki z mlekiem i szło najszybciej. Podczas konwentu zwykle przepękiwałyśmy cały dzień na batonikach musli itp., choć bywało, że biegłyśmy na lotnisko na lunch - jedzonko na wagę, nie zawsze najlepsze, za to dosyć drogie. Raz trafiło mi się całkiem strawne penne, następnym razem  niedobre spaghetti z czymś strasznie słonym, zapewne pastą z ryb (niech żyje garum, przysmak starożytnych Rzymian). Okazało się, że kawa w Hiltonie nie jest zabójczo droga (jedyne 3 euro), więc hurra, można się było wzmocnić. Nadrabiałyśmy kolacjami z winem. W piątek udało nam się w końcu odnaleźć pizzerię z zeszłego roku, w której podawano boskie calzone i pizze (ale znowu nie pamiętam jej nazwy, a szkoda), w sobotę cześć bawiła się na koncercie Jasona Mannsa, a reszta balowało w pobliskiej knajpie „U Czarnego Żółwia" (Tortughino Nero) na bardzo dobrym makaronie carbonara i naprawdę dobrym winie domowym (house vine). W niedzielę wylądowałyśmy na deptaku w kolejnej restauracji „Eat and Go" na makaronach i rissoto (makaron z serem pleśniowym i pieprzem był pyszny, choć i risotto z limonką i oliwą z trufli też niczego sobie, a porcje olbrzymiaste), a w poniedziałek w knajpie z Rzymie, oczywiście najdroższej i najmniej smacznej (lasagnia uszła). W tejże restauracji w karcie dań bardzo rozbawiła nas jakaś woda o wdzięcznej nazwie Aqua tratatatta (nie wiem, może była to woda wygrywająca na trąbce). Jadałyśmy także lody - najlepsze na „starym miejscu", a z szybkiego jedzenia najsmaczniejsze były dania w kebabowi blisko morza i mola prowadzonej przez młodych Arabów, którzy jednakowoż musieli mieć coś wspólnego z Grecją, bo zapodawali np. bakłażany nadziewane mielonym i serem (niebo w gębie), czy gołąbki zawijane w liście winogron. Dobra była także piadina, czyli tortille zawijane z mięsem kebabowym, warzywami i sosem. Pycha, a jedyne 3-3,50 euro! Jak to określiła Ania - nie zdążyłam powiedzieć, jakie warzywka bym chciała, więc „włożył mi co chciał" (ale miałyśmy głupawkę z tego zdanka). Ostatniego dnia tradycyjnie rozlokowałyśmy się w Burger Kingu, czekając z bagażami na transport (cheeseburger za 1,20 euro jeszcze nikogo nie zabił, a Smoothies były ekstra).

 Lido di Ostia

Lido jest całkiem przyjemnym nadmorskim miasteczkiem, z piaszczystymi plażami (piasek ciemniejszy niż nad Bałtykiem), w większości należącymi do hoteli i knajpek. O tej porze poza sezonem, na plaży ludzi niewiele, za to nachalnym sprzedawców z chustami, biżuterią i masażem tajskim od groma (usiedzieć na miejscu nie można, bo wiszą nad tobą i trajkoczą). Muszelki grubsze od naszych, sporo kamieni i głazów, pod którymi podejrzewam krabiki wypełzające wieczorem (tak było w Fiumicino). Morze rewelacyjne, chmury imponujące, bryza jakby morska. Poza tym po całym Lido mnóstwo ciekawych domów w stylu hiszpańskim, z okiennicami i tarasami, pełno pnączy kwiatowych i kaskad kolorowych listków bugenwilli, krzewów przypominających jaśmin (pachnące białe gwiazdeczki), kaktusów, palmowatych i agowowatych i pinii w roli sosen. Poza tym brudnawo, oj, brudnawo, a nasze polskie chodniki są w porównaniu z włoskimi równiutkie.

 Ciężkie życie Huntera

W tym roku miałyśmy z Gosią (ona biedna solidaryzując się ze mną) oraz Beatą wejściówki Hunterów (najtańsze), co oznaczało długie kolejki po autografy oraz przesiadywanie w sali telebimów, zamiast tej ze sceną. Telebimy nie były takie złe i śmiem powiedzieć, że czasem miałyśmy lepsze zbliżenia niż Demony i Angele, ale stanie w kolejkach - wrr. Ochroniarzom zdarzało się zapomnieć o biednych Hunterach, bądź podpisywania kończyło się tuż przed naszym nosem. Rekord pobiła Beata, która w niedziele po autograf do Jensena stała chyba 8 godzin! Za to w kolejkach Huntery gadały ze sobą jak najęte, dzięki czemu spotkałam dwie fajne Szwedki, Słowaczki i przesympatyczne polskie małżeństwo nerdów z Wrocławia, Mary i Kamila, którym za pogaduszki jestem niezmiernie wdzięczna. Swoją drogą, w sobotę zrobili furorę, przebierając się za agentkę FBI ewentualnie CSI, bo Mary zdecydowanie udawała Horacia z CSI: Miami oraz Dr. Sexy. Ach, cóż to był za Dr. Sexy! Począwszy od kitla, identyfikatorów, stetoskopu i ogólnej urody Dr. Sexy po kowbojskie buty (nie tenisówki). Trzeba przyznać, że Jared zareagował na Dr. Sexy bardziej entuzjastycznie niż Jensen (Nice), a Misha podczas photo-opu zdecydowanie bardziej się do niego tulił. Natty i Fiekchen były w tym roku Demonami i siedziały w sali na wszystkich panelach.

   

Jensen - widok dla Demona i dla Huntera - zdjęcia Natty i Gosia (Hermi)

 

 Autografy

W piątek dostałam większość autografów ludków pomniejszych (przepraszam za wyrażenie), czyli Roba, Tahmoha, Marka i Mishy - dobra, Misha wcale taki pomniejszy nie jest. ;-) Do tego wyglądał prześlicznie z tą swoją opalenizną (długie wycieczki rowerowe), niebieskimi oczyma, smukłością (także zrzucam na wycieczki rowerowe) i w czarnej bluzie i dżinsach. Jako że stojąca przede mną Mary podała mu do podpisania pamiętnik po polsku, który zaczął skwapliwie przeglądać, później mogłam z nim pogadać o trudnościach języka polskiego, chociaż Misha śmiał się, że mówi po polsku płynnie (ale dowodów na to nie dał). Rob był jak zwykle przesympatyczny i pogadaliśmy sobie chwilkę o piosence śpiewanej przez Chucka, mającym ponad sto lat folkowym kawałku, który obiecał zaśpiewać - i zaśpiewał z Jensenem podczas Jailbreaku. Sarkazmu Marka nieco się bałam, więc siedziałam cichutko, a niesłusznie, bo w tym roku był mniej straszny niż zwykle, nawet na panelach (i czasem odpowiadał na pytania!). Tahmohowi się nieco przybrało w pasie, ale przystojniak z niego niezły, a ponadto miał urodziny, więc wszyscy (łącznie ze mną) życzyli mu wszystkiego najlepszego.

Najgłupszym pomysłem, na jaki wpadłyśmy z Gośką to starać się o autografy w sobotę, kiedy wszystkim wokół powtarzałyśmy, że to będzie koszmar. Był. Dwa razy stanie po dwie godziny zaowocowało niczym. Najpierw chciałyśmy zdobyć autograf Richarda i Gila, ale przy okazji na sali autografów - patrz namiot pod chwieją konstrukcją, wcześniejszy green room, w którym strasznie łopotało, podpisywał także Jensen, więc kolejka była olbrzymia. Na nic zdawały się nasze jęki, że nie chcemy Jensena (ja akurat nie chciałam, bo tego dnia nie wzięłam dla niego podarunków), bo całkiem miły brodaty ochroniarz w końcu nam pokazał, że wszyscy od Jensena przechodzą do reszty podpisujących, przy których kłębi się dziki tłum. Z rozpaczy wypchnęłam do Jensena chociaż Gośkę z jej przepięknym albumem własnych grafik (jeden do podpisów, drugi dla Jareda), ale też ledwo zdążyła, a Jensen był tak zmęczony, że posłał jej co najwyżej profesjonalny uśmiech nr 3 i jak stwierdziła, miał oczy w kolorze khaki, poszarzałe. Autografu Richarda i Gila oczywiście nie zdobyłyśmy. Po południu była powtórka z rozrywki, również bez powodzenia. Przegapiłam przez to panel Mishy i Marka - smuteczek.

W niedzielę gwoździem programu miały być autografy Jareda i Jensena, więc przebiegle ustawiłyśmy się w kolejce po autograf Jareda tuż po jego panelu, zdecydowanie przed czasem, z tym że ja zostawiłam kolejkę, bo nie chciałam przeoczyć panelu Jensena i... kolejka mi przepadła. Jednakże wpuścili mnie na salę, bo Jared niemal kończył podpisywanie. Miałam dla niego w darze żubrówkę, toteż zaczęłam się produkować, że oto mała butelka polskiej wódki, ale że nie mamy takiej z łosiem, to wybrałam..., i w tym momencie Jared zakrzyknął ucieszony „O, żubrówka!" wybitnie płynną polszczyzną. Szczęka mi opadła, więc pochyliłam się niżej, opierając o stolik niczym sklepowa, sycząc „Yess". Jared czym prędzej dorzucił „I love it", dodając, że Gen także lubi, więc pozostało mi tylko cichutko przepraszać, że to taka mała butelka (bagaż podręczny - rozumiecie). Ogółem Jared wyglądał jak małe, roześmiane i rozwichrzone słoneczko, brązowe włosy ze złotymi błyskami, zadbana broda, zęby błyskające w ślicznym uśmiechu, oczy orzechowe ze złotymi błyskami (Gosia twierdziła, że przy niej miał brązowe z dodatkiem niebieskości), koszula w niebieskawą kratę. Prawie cały czas chodził na konwencie bez beannie (nie licząc "kukuryku" na zakończenie - dzieła Gen), co było małym cudem. Przy autografach rozdawał uśmiechy, puszczał oczko i ogólnie bywał rozkoszny. Gapiłam się na niego bezwstydnie, stojąc obok w kolejce po autograf Richarda i dziadka Winchestera, czyli brodatego Gila. 

Gośka, której udało się wejść po autograf wcześniej, była cała w skowronkach, bo wypełniła misję przekazania swego albumu, a ponadto, jak to powiedziała, Jared spojrzał na nią jak na człowieka, wyjątkową i niepowtarzalną istotę ludzką, a nie jedna z tysiąca fanów, co ją rozczuliło do łez. 

Tymczasem ja po zdobyciu jaredowego autografu niecnie, zamiast wrócić do kolejki Hunterów w holu (w której tkwiła biedna Beata), przemknęłam do kolejki za parawanem, już na sali autografów, by w zapartego czekać na Jensena. Jensen się spóźnił chyba z pół godziny. Jensen w ogóle cudnie się spóźniał, bo nieco nadużywał „soczku jabłkowego" przez cały konwent. Śmiałyśmy się, że to dlatego, że tym razem Jared dojechał, w dodatku z Gen I ma kogoś, kto go dopilnuje, więc Jensen z tej ulgi i szczęśliwości popuścił sobie cugli i chodził lekko zawiany i rozkoszny, prezentując światu niebieską koszulę i czarnego t-shirta, a to t-shirta i dwustronną kurteczkę - z jednej strony granatową, z drugiej - a la czarną skórzaną (podobno po to, by ukrywać ślady rozmazanego makijażu fanek przytulanych podczas photo-opów). Tak więc twardo czekałam na Jensena na sali autografów, aż wkroczył w towarzystwie Clifa (miałam dobry widok), przeczekałam Angele i Demony i już już miałam ruszyć, kiedy brodaty ochroniarz oświadczył, że chwilowo Jensen kończy. Rozczarowane Huntery się wycofały, oprócz mnie, pakującej prezenty z powrotem do torby, po czym ochroniarz powrócił z przeprosinami na ustach, że jednak można wejść. Tylko ja zostałam na placu boju, więc pobiegłam w podskokach. Gapiłam się nieprzytomnie wraz z przesuwającą się kolejką. Przy tym podstrzyżeniu po bokach z Jensena wygląda miejscami jak słodki Plastuś, choć uszka ma śliczne. Czub do góry, uśmiech na ustach, wystylizowana bródka (facial art, jak oznajmił na panelu), białe kiełki, ciemnozielone oczy jak mech, jedna brewka uniesiona w trójkąt, sama rozkosz. Za to cholernie małomówny. Udało mi się z niego wycisnąć „hi", „beautiful" (reakcja na dar od Olotki - skórzany pas do gitary tłoczony w bycze czaszki), krótkie, ale zachwycone „O" na widok buteleczki orzechówki (polish vodka hazelnut for squirell) oraz „by". Zaczynam rozumieć doniesienia o jego lakonicznych rozmowach telefonicznych pozbawionych czasowników, które brzmią mniej więcej tak - „Rob. Ackles. Tough Mudder. June". Natomiast wyglądał jak wyglądał (patrz obłędnie, a jakie ma ładne, zadbane, ale niewątpliwie męskie dłonie) i oprócz oparów whisky (których nie czułam) pachniał cedrem. Kaśka i Natty, które ofiarowały mu całą baterię różnych alkoholi z Polski, mogły postać sobie dłużej, b a) zaczepiała go jakaś fanka, że zobaczą się później, czego w pierwszej chwili nie zrozumiał i zaczął sobie nucić pod nosem, a po drugie oczarowały go alkohole, chociaż na niewinną wzmiankę o „soczku jabłkowym" oświadczył z kamienną twarzą, że nie wie, o czym mówią (po czym sięgnął po szklaneczkę pod stolikiem i upił smaczny łyk „soczku"). Muszę przyznać, że rozluźniony Jensen jest boski, bardziej całuśny (na sali autografów pod koniec ściskał się z Jaredem, z Robem i z jakąś fanką Japonką w kimonie, pozostawiwszy ją we łzach - miejmy nadzieję - szczęścia) i włącza mu się tryb „love everyone", coś jak lemowskie „stój, stój, przecież ja cię kocham".

 Przechadzki VIP-ów

Huntery uwielbiają stać tuż przy przejściu między salą photo-opów a windą, bądź salą z panelami, czyhając na ukochanych aktorów. Udało nam się z Gośka dorwać dwa razy Jareda (ale tylko jeden filmik, bo za drugim razem aparat ustawił się na zbliżenie i wyszła jedna wielka plama), raz na J2 i raz na Mishę, kiedy spokojnie przeszedł obok kolejki Hunterów w prawie pustym holu. Poza tym wpadłam na Roba z ochroniarzem, idąc do toalety (bez obaw, on skręcił do męskiej, ja do damskiej), a wychodząc wpadłam na Mishę, także wychodzącego. Ach, te spotkania w toalecie. Misha, jak to bywało, wtargnął w sobotę na salę z telebimami i stanąwszy przed rzutnikiem, wyczyniał dziwne cienie na ekranie, łapiąc Jareda a to za głowę, a to za... W każdym razie miałam go na wyciągnięcie ręki, co się chwali (a wychodząc o mało nie podeptał rozciągniętej pod ścianą Natty). Na zakończenie chłopaki się nie popisali, bo mimo chóralnych fanowskich śpiewów „Carry on", pokazali się jedynie na chwilę przy windach i zniknęli jak sen złoty. Co nadrobili na Jailbreku, ale to już zupełnie inna historia.

 Photo-opy

Jako że nie miałam własnych photo-opów (buu), emocjonowałam się photo-opami innych. Większość dziewczyn miała zdjęcie z Jensenem i trzeba przyznać, że to człowiek kameleon: na zdjęciu z Kasią szelmowski amant, w którego wpatruje się rozmarzona dziewoja, na zdjęciu z Beatą lekki, pokrzepiający uśmiech i mocny uścisk, na zdjęciu z Natty szeroki uśmiech, a na zdjęciu z Asią przerobioną na Abbadon nieco zbity z tropu Dean. Asia jako Abbadon była świetna - wysoka, ruda (pięknie upięte włosy), z mocnym makijażem, w koszulce „Devil made me do it" i skórzanej kurteczce. Jak malowana. Na photo-opie Mark Sheppard nie wyglądał na przestraszonego tak jak być powinien, za to Asia-Abaddon miała takie spojrzenie, „podduszając" go, że sama bym się przestraszyła. Równie cudne photo-opy z J2 i Mishą wyszły Mary przebranej za agentkę i Kamilowi przebranemu za Dr. Sexy. Co za pozy!

 Panele

Wbrew pozorom z paneli zapamiętałam istny groch z kapustą i muszę jeszcze raz je obejrzeć, żeby sobie przypomnieć, bo w głowie zostały tylko strzępki informacji. Pamiętam, że Jensen obiecał, że nagrał „Simple Man" na rzecz nowej płyty Jasona Mannsa, bardziej w wersji pop, niż rockowej (dał próbki obu wersji). Pamiętam opowieść o tym, jak pomógł zepchnąć samochód na pobocze, bo biedny kierowca nie dawał rady. Chichoczę na wspomnienie historyjki o wzbudzaniu w sobie odwagi i ratowaniu pająka, zauważonego przez JJ oraz wyniesienia go przez chusteczkę na trawę („O Boże" cienkim głosikiem" i wariacki śmiech Jareda komentujący „lekką" arachnofobię przyjaciela). Była też cudna przypowieść o tym, jak w nocy obudziło ich z Danni dziwne drapanie do drzwi balkonowych i Jensen, chcąc nie chcąc, w samych bokserkach poszedł sprawdzić, gwałtownie odsuwając zasłonę (żeby przestraszyć to, co jest za oknem). Okazało się, że przy silnym wietrze i deszczu gałąź wpadła im na balkon, więc otworzył drzwi, stając w pozycji „Michael Jackson video" (patrz - wiatr, deszcz i liście rzuciły się na niego żarłocznie), pozbierał gałąź i wyrzucił ją z balkonu, wołając do Danni, że „pokonał ją" i - jak to określił - „nie otworzyła oczu, ale usłyszał, jak nimi przewraca".

 Ze wspólnego panelu J2 niezły był Superman vs. Batman (podczas paneli można było wylosować piłeczkę z numerkiem, pod którym krył się zwiastun jakiegoś filmu). Chłopaki w pelerynach (Jared podarował swoją tłumowi) i Jensen w masce Batmana, która „zmuszała" go do mówienia ochrypłym basem. Z kolei Jaredowi na panelu trafił się „Czarodziej z krainy Oz" i próbował przejść parę kroków w czerwonych szpilkach. Dobrze, że sobie nic nie zrobił. A Gil trafił na „50 twarzy Greya" i wyciągnąwszy na scenę fankę, zachęcająco kręcił tyłeczkiem (naprawdę apetycznie mu szło) i dawał dawać sobie klapsy packą, po czym dziewczynę przeginał i namiętnie całował.

Na wspólnym panelu z Jensenem Jared spontanicznie wymyślił „Salmondeana", czyli Sama i Deana w wersji łososi płynących strumieniem i uciekających przed niedźwiedziem (przy czym jedna z rybek miałaby mieć czarną kurtkę i krzywe nóżki), a Jensen przez chwilę nie łapał, o co chodzi, a później robił ustami „rybkę".

 Na swoim panelu Jared tłumaczył m.in., że nie wszystkie sceny da się zmieścić w odcinku, więc nie było m.in. tej, w której Sam rozmawiał z Bogiem i ten wytłumaczył mu, że nie powinien bać się Lucyfera, dlatego później Sam wydawał się nieco bardziej rozluźniony w obecności Casifera.

Panel Mishy i Jareda był tak zabawny, że wycierałam łzy radości z oczu. Rozważania o relacji łączącej Sama i Castiela - pytanie zadawała Armellin, ale szło jej niesporo, najpierw chłopaki przekomarzali się, że mówi o „inceście", a jak zaczęli interpretować wzajemny „influence" czyli wpływ (ale i hm, płyny) „all over each other", nie mogli się opanować, po czym Jared jeszcze dołożył do pieca, bo do Sastiela dołożył „Cam" (niby się zgadza w łączeniu imion Sama i Castiela, ale „cum" to „dochodzić" w sensie orgazmicznym). Misha kładł ręce na udzie Jareda, Jared kładł rękę Mishy na swoim udzie, Misha zjeżdżał w niebezpieczne rejony... działo się.

Jensen na swoim panelu udawał Mishę jadącego na rowerze hen w dal, a na panelu z Mishą upewniał tamtego, że przestawiał go podczas prawie że sportu i to prawie że męskiego.

Z panelu Jensena i Mishy, który przez cały czas przechichrałam, zapadł mi także w pamięć krótki taniec, zaczynający się od niewinnego wywijania nóżką Jensena, a jeszcze bardziej opowieści z dziwnych photo-opów, np. o Lady Tramp, która poprosiła o ujęcie jak z „Zakochanego kundla" (ze spaghetti, w tym wypadku długim żelkiem) i strasznym głosem przemawiała - „Zjedz to!", bądź o drobnej, ładnej dziewczynie, która przyszła na photo-op z Mishą i Jensenem i oznajmiła „You are my bitches now", w wolnym przekładzie „Teraz jesteście moimi psami", a oni tylko spojrzeli na siebie i melancholijnie pokiwali głowami na zgodę. Opowiadając o tym, byli lekko załamani, że tak bez większego sprzeciwu, oporu i zdegustowania ustawili się na pozycji „bitches" i że powinni sobie to wpisać jako dodatkowe umiejętności do CV. Swoją drogą, ciekawi mnie, jak wygląda poza na „bitch"? 

Na koniec nastąpiło całkowite rozluźnienie panelowe i Jared wraz z Gen, Robem i Richardem opowiadali sławną historię pociągową, kiedy to Richard najpierw wtrynił się Jaredowi i Gen na romantyczną wycieczkę do Amsterdamu, a później mieli zapakować wszystkie bagaże do pociągu, by Gen się nie przemęczała (wmawiając, że była „wyluzowana", czyli na lekkim haju po Amesterdamie słynącym z zioła) i zapakowali wszystko (a było tego dużo, bo, jak twierdzi Jared, jest wielki, więc jego koszule zajmują trzy razy więcej miejsca niż koszule Richarda) oprócz bagażu Gen, który został się na stacji, mimo dziwnego języka migowego, jakim próbowali porozumieć się z kobietą stojącą na peronie. Richard i Jared rozbiegli się na dwie strony pociągu, doszli do tragicznego wniosku, że nikt tym pociągiem nie kieruje, naciskali różne przyciski, w tym ten za pleksiglasem i w końcu oczywiście zatrzymali pociąg (Jared strasznie bał się kary, ale okazało się, że to tylko 200 euro). 

Na zakończenie Jared i Tim wyszli w szalonych fryzurach made by Gen, czyli kitkach palemkach (Jared w podwójnej). Jensen rozlewał szampana „007" dla organizatorów na cześć siódmego JIBconu (nie, niedobry, smakuje jak skoszone siano i woda z toalety, nie pijcie), pokazywał koszulkę z „SPN Family" i ściskał Jareda, Jared się wzruszył i „chował" za Gen, a wszyscy byli rozkoszni i na luzie.

 Jailbreak

 Jailbreak to tak nieprawdopodobne przeżycie, że na samo wspomnienie miękną mi kolana. Co prawda klub powinni byli otworzyć o 17, a oczywiście otworzyli przed 18, więc karny tłum stał ściśnięty jak sardynki przed wejściem. Natty i Kaśka pojechały nieco wcześniej, więc trzymały straż, a i nam udało się dojechać przez dwoma autokarami z włoskimi fankami. W porównaniu z 40 stopniami w cieniu z zeszłego roku pogoda była urocza, bo maksimum 25, ale stópki od stania i tak bolały (przy okazji - niech nałogowi palacze z kolejki będą przeklęci i rosną głową w dół jak marchewki). I ruszyli... Cud nad cudy, udało nam się zagnieździć w piątym czy szóstym rzędzie przed sceną, więc po raz pierwszy w życiu, choć jestem niewysoka, miałam cudowny widok na śpiewających, pomijając, że pojawieniu się Jensena wszyscy przede mną unieśli las rąk, a w nich komórki i aparaty. Ha, gorzej mieli ci stojący za Gośką i jej 1.80 (po pół godzinie nagrywania ręce jej mdlały, ale trzymała się dzielnie). Zaczęła Laura (śpiewała i grała zdecydowanie lepiej niż w zeszłym roku), a później mieliśmy duet Roba Benedicta i Jasona Mannsa a łagodny, popowy głos Jasona i nieco histeryczny ton Roba znakomicie się uzupełniały. Co jakiś czas wpadał na scenę Timothy Omundson, a to udając „donoszącego wino" i gnąc się w ukłonach, a to przygrywając na harmonijce, oraz Richard. Kiedy na scenie pojawił się Cliff, zabierając gitarę i próbując udawać, że go nie ma, wiedzieliśmy już, że za moment zobaczymy Jensena. Jak wiadomo Jensen jest prawdziwym zwierzem scenicznym, rusza się od niechcenia, leniwie, a zgrabnie, gibie się w rytmie, a nawet rozbiera z kurteczki, jak mu za gorąco. T-shirt z destylarnią whisky był jak najbardziej odpowiedni. Zaczął z grubej rury, bo śpiewając z Jasonem „Tennesee Whisky" i pięknie bawiąc się głosem w muzycznym pasażu (tak, wiem, że w skrócie nazywałam to jodłowaniem). Później było grupowe „Wagon Wheel". Jako jeden z chórku przy „Valerie" śpiewanej przez Roba również był nieoceniony (uu, uuu też trzeba umieć nucić). Po przejęciu gitary przez Jensena zaczęli „The Weight" (ostatnia zwrotka plus cudne refreny z chrypką), a na koniec Jensen i Rob odśpiewali piosenkę Chucka, czyli „Fare thee well" (och, jak pięknie). I tak na scenie mieliśmy „Quatro Formaggio", czyli Jasona, Roba, Richarda i Jensena (chłopaki też wariowali z niby włoskim akcentem) wzmocnione w składzie przez Tima (jakie kocie ruchy i naprawdę niezły głos) i Laurę. Przyznam, że nie odrywałam od Jensena wzroku ani na sekundę, więc przegapiłam moment, kiedy na galeryjce klubu zasiedli Jared z Gen. Dopiero, kiedy Jensen przez chwilkę rozmawiał przez telefon z Danneel (i małym Thomasem, który chciał koniecznie pojechać z nią samochodem - wygląda na to, że Danni ma oko na wszystkie dzieci w podwójnej rodzinie Padacklesów) i zapewnił Gen, że dzieciaki mają się dobrze, spojrzałam w bok. Wow, potem dostawałam oczopląsu i kręczu szyi, bo nie wiedziałam gdzie patrzeć. Biedny Jared za nic nie mógł zmieścić długich nóg i zaplatał je w precle. Ach, na galeryjce była jeszcze Daniela, szefowa Jib-u, aktor grający Doriana Graya w „Penny Dredful" (rozmówka z Gosią: O, zobacz, on wygląda jak Dorian Gray, Bo to jest Dorian Gray) i Travis. Oraz wino i piwo. Po piosence Chucka Jensen dopadł zimnego piwa podawanego przez Jareda jak koń przy wodopoju. 

Wracając do koncertu, wspaniałym momentem na koniec było wspólne odśpiewanie „Hallelujah" (było już na płycie Jasona, a teraz znajdzie się na wspólnym albumie Roba i Jasona), z dumą przyznaję, że i nam, czyli fankom wyszło pięknie i harmonijnie. Pewnie pomogła nam „fala rąk". Ach, i na koniec Jailbreku dowiedzieliśmy się, że przyszłym roku będzie kolejny JIBcon, a Richard miał piękny speech o tym, jacy jesteśmy (my - fani) wspaniali. W sumie się z nim zgadzam.

    

Koncert Jailbreak

 Rzym nocą

Rozemocjonowane po Jailbreaku, wygłupiające się w pokrytym graffiti metrze, postanowiłyśmy przejść się po wieczornym Rzymie i nadrobić Fontannę di Trevi (bo w zeszłym roku była w remoncie). Wysiadłszy przy Schodach Hiszpańskich i nieco klucząc (mapy w smartfonach wywodziły nas w pole) w końcu trafiłyśmy, a po drodze, zgłodniałe, zasiadłyśmy w knajpie niedaleko Pantheonu (prawdopodobnie). Drogo i średnio smacznie, ale cóż poradzić - to Rzym. Krótka przechadzka i wariackie poszukiwania najbliższej stacji metra, bo czas się kończył a metro i kolejka podmiejska do Lido kursują jedynie do 23:30. Miałyśmy straszną głupawkę, porozumiewając się polskim z karykaturalnym włoskim akcentem i zaśpiewem i co jakiś czas wykrzykując „Keep going, Rob", czyli w pidgin polish „Kippa goinga, Robba!". Bieg do metra (stacja Republica, Piazza Robba) był hardkorowy, a jeszcze bardziej hardkorowy był późniejszy bieg na ostatnią kolejkę do Lido â wołałyśmy do maszynisty, żeby zaczekał i zaczekał, ale przed ostatnią trójką (zmachana ja, zmachana Beata i popychająca nas Gośka) drzwi zaczęły się zamykać i gdyby nie pełen poświęcenia i mocarny rzut na drzwi Gośki, kto wie, czy nie zostałybyśmy na stacji. Przyznam, że jak już wpadłyśmy do środka, mało nie wyplułam płucek i rozpłakałam się rzewnymi łzami (bo jeszcze kolano krzyczało, jak bardzo mnie w tej chwili nie lubi). Ale zdążyłyśmy! A w apartamencie w Lido znieczulałam się tanim winem z kartonika.

I to by było na tyle.

W przyszłym roku ciąg dalszy. Oby!https://ssl.gstatic.com/ui/v1/icons/mail/images/cleardot.gif

 

 

Autor : Maire z niewielką pomocą Natty

 



Supernatural.com.pl @ Wszelkie prawa zastrzeżone.Strona Non- Profit prowadzona przez fanów dla fanów.