Agencja - Biuro nieruchomości Kraków, Wrocław, Gliwice
GWROTA
panteon
stv
Wgraj obrazek o tytule artjib.jpg do katalogu /images/belki/statyczne/

 

Za czym kolejka ta stoi, czyli bardzo osobiste wspomnienia z Rzymu

Jus In Bello 2014

O, jakże trudne jest życie łowcy. W tym przypadku łowcy z hunter passem, który musi czekać w długich kolejkach, żeby zdobyć upragniony autograf, bądź jeszcze bardziej upragnione zdjęcie z białym misiem z Krupówek, tj, przepraszam, z ukochanym aktorem.  Jednak za nic na świecie bym z tego nie zrezygnowała. Tak, proszę Państwa, Jus in Bello V w Rzymie, który odbył się w piękny majowy weekend był moim pierwszym konwentem Supernatural, więc siłą rzeczy trafiłam wprost do prywatnego nieba (na ścianach którego wisiały zdjęcia Deana, oczywiście).

 

 

Konwent

Konwent generalnie składa się z paneli (oglądanych na żywo lub jak my, biedne huntery - na telebimie), photo-opów, autografów oraz czatowania z aparatem przy przejściu pomiędzy salami, czy aby nie ukaże się w nich Ktoś (najszybciej z Ktosiów wypatrywało się Jareda, ze względu na wzrost). Panele same w sobie są niesłychane, tym bardziej, że wszyscy wypuszczeni na scenę aktorzy są czystymi samograjami - cokolwiek by nie robili, robią to dobrze,  odpowiadając na poważne lub mniej poważne pytania i wygłupiając się z wdziękiem.

Jus in Bello toczy się przez dwa i pół dnia w hotelu Hilton, tuż przy lotnisku Roma Fiumicino. Zgłodniali uczestnicy najczęściej biegają do restauracyjek lotniskowych i do McDonalda po kawę, ponieważ Hilton jest zwyczajnie za drogi. Polowanie na autografy oraz photo-opy skutecznie zakłócają hunterom obejrzenie wszystkich paneli, więc choćby się paliło i waliło, w przyszłym roku zamierzamy z Hermi zdobyć angel passy.

Acha, słowo wyjaśnienia dla tych, którzy nie wiedzą. Na JIB-ach jest kilka rodzajów wejściówek: angel, demon, sinner i hunter - z odpowiednimi priorytetami, oczywiście. Huntery nie mogą wejść na panele, demony nie mają autografów wpisanych w wejściówkę, za to angele mają niemal wszystko i biorą udział w coctail party w pierwszym dniu konwentu. Za photo-opy i tak płaci się osobno, podobnie jak za wydarzenia dodatkowe - np. koncert Roba Benedicta z zespołem czy Jasona Mannsa oraz meety and greety. Ceny? Za angel pass płacimy ok. 400 euro, za hunter pass - 100 euro, natomiast za photo-op z kimś z wielkiej trójki - 80 euro, pozostali - od 15 euro wzwyż. Nocowanie w Hiltonie bywa zabójcze, nawet ze zniżką dla konwentowiczów (jakieś 200 euro za noc), więc szczerze polecamy nasze rozwiązanie - nocowanie w Fiumicino, miasteczku oddalonym jakieś 7 km od lotniska w pensjonacie typu bed and breakfast (ok. 70 euro za noc). Całkiem nieźle dojeżdża się do Fiumicino zwykłymi autobusami, chyba, że trafi się na bucowatego kierowcę (tak jak ja z Hermi), który wywiezie was aż do Fregante i potem trzeba jakoś wrócić do punktu wyjścia. Przez nasze perypetie nie wzięłyśmy udziału w piątkowych panelach, bo padłyśmy na nos, kiedy tylko dotarłyśmy do naszego hotelu. W sobotę i niedzielę radzimy powrót do Fiumicino taksówką - jedyne 20 euro. Miasteczko jest całkiem milutkie, nad samym morzem, tylko nie dziwcie się, że około 17 wygląda jak miasto duchów. Włosi ożywiają się dopiero około 20, całymi rodzinami zjeżdżając na strasznie dłuuugie obiady do restauracji. Poza tym Fiumicino słynie  z ryb i owoców morza. A rano wszyscy piją kawę i zajadają ciasta, słodkie bułki i croissanty. Cóż, co kraj to obyczaj.

Fanki

Wracając do konwentu. Poziom szaleństwa fanek (i nielicznych fanów) na konwencie w Rzymie na szczęście nie był przerażający. Kilka fajnych przebrań, trochę impal i Castieli, mnóstwo t-shirtów bardzo multifandomowych, od „dr Who", przez „Grę o tron" po rzecz jasna „Supernatural". Wiekowo większość uczestników miała przed i po dwudziestce (kwiat włoskiej młodzieży), chociaż było całkiem sporo ryczących 30-tek i 40-tek, a furorę robiła starsza pani około 70-tki z nieco młodszą koleżanką, siwiutka jak gołąbek, ale z wymalowanymi tatuażami. Twarda babka. Fani bywają różni, choć przyznam, spodziewałam się więcej dziwactw i pisków. Owszem, przy każdym przejściu idoli korytarzem zrywały się piski, ale całkiem przyjemne. Poza tym ochroniarze nie zawsze zauważali, że któryś z aktorów spoza wielkiej trójki im się urywa - np. do toalety, a potem wpadali w popłoch. 

Spotkałyśmy tylko jedną fankę, która miała włączony tryb Osiołka Kłapouchego z Kubusia Puchatka i było jej źle i niedobrze - zgniotła i zgubiła swój zwój  z autografami, Mark w photo-opach był nieuprzejmy i przyciskał zbyt mocno, Misha nie uśmiechał się tak często jak powinien - zachowywał się okropnie, Jared nie był na swoim wieczornym panelu, więc na pewno nie będzie go przez całą niedzielę (bo w domyśle, miał fanów w głębokim poważaniu), a słońce... świeciło zbyt mocno. Matko jedyna. Po co to biedne dziewczę tak się męczyło?

Photo-opy

Przy photo-opach człowiek ma całe pięć sekund, by wyartykułować z siebie, w jakiej pozycji pragnie się ustawić, ustawić, zapozować i wyjść z salki z kretyńskim uśmiechem na ustach. Ponieważ miałam photo-op z Jensenem, donoszę uprzejmie, że owszem, był przepiękny, w czarnej koszuli i spodniach (oczywiście pod kolor mojej tuniki), z ciemnozielonymi oczyma, kurzymi łapkami w kącikach tychże oczu, smukły, gibki (biegał po pokoju jak rączy jeleń) oraz delikatny i solidny jednocześnie. Jego obejmujące mnie ramię czuję do dziś. Poza tym pachniał czymś leśnym, świeżym i w typie morskiej bryzy. I był tak uprzejmy dla wszystkich (a mogłam sobie na niego popatrzyć, jak ustawiał się z 4-5 osobami przede mną), że wypisz wymaluj przypominał mi dżentelmena z południa. „Could you stand behind me and put your arms around me" było najbardziej płynnym zdaniem, jakie udało mi się powiedzieć po angielsku w całym moim dotychczasowym życiu. I nic to, że w odpowiedzi usłyszałam tylko „yes". Bo było to najpiękniejsze „tak" w całym moim... chyba, już o tym mówiłam. 

Jeśli chodzi o photo-opa z Jaredem, muszę posiłkować się słowami Hermi (wierzcie mi, nie ma nic przyjemniejszego, niż ekscytowanie się konwentem razem z najlepszą przyjaciółką) - ekran nie oddaje jego piękna. Hermi udało się złożyć mu głowę na ramieniu, ale nawet ona musiała lekko wspiąć się na palce. Z Jareda jest żyrafa, nie człowiek. I faktycznie, widziałam go pierwszego dnia na żywo - był prześliczny i promienny. Chociaż pod koniec photo-opów jego biała koszula w kratkę była w opłakanym stanie, wchłaniając w siebie makijaże rozanielonych fanek. Drugiego dnia Jared wyglądał jak z krzyża zdjęty, z cieniami pod oczami sięgającymi policzków i beanie wciśniętą prawie po nos, co początkowo składałyśmy na karb uciech wieczornych (zupełnie niesłusznie, jak się okazało). Jak już zapewne wiecie, poprzedniego popołudnia Jared siłował się z Master Chau (Osricem) w green roomie (pokój w którym aktorzy odpoczywają miedzy obowiązkami konwentowymi)  i przygrzmocił w marmurowy stół, co skończyło się wybitym barkiem. Nota bene, Ty z Tahmohem mu ten bark nastawili (chciałabym to usłyszeć), ale postanowił wyprostować rękę i bark wyskoczył z powrotem. Nawet wtedy, męczennik chciał wziąć udział w wieczornym panelu, na szczęście Daniela, główna organizatorka JIB-ów mu to wyperswadowała i zataszczyła do lekarza. Tym niemniej uparł się i w sobotę podpisywał autografy, chociaż musiało go boleć jak cholera. Od tego momentu wszyscy na konwencie z szacunkiem zwracali się do Osrica - Master Chau, uznając go za asasyna  i strasząc nim innych.

Wracając do photo-opów, miałyśmy jeszcze przyjemność zapozować z Markiem Sheppardem, wytatuowanym, solidnym i sarkastycznym do bólu. Jakby co, zdjęcia z pozowań trafiają do sali merchandisu (z telebimem) już po jakichś 20 minutach, więc niemal od razu można się nimi napawać. W każdym razem ja się napawałam.

Autografy

A jak wyglądają sesje autografów? Ano, w wielkiej sali chłopcy grzecznie siedzą przy stolikach i podpisują co tchu, a przed drzwiami kłębi się tłum, który próbuje się do nich wedrzeć.

Żartuję, dziwnym trafem fanki (z kilkoma rodzynkami w postaci fanów) nie zadeptywały się na śmierć i raczej były grzeczne wobec siebie nawzajem. Najgorzej oczywiście miały biedne hunter passy, czekające w wielgachnej kolejce daleko od sali autografów, aż któryś z ochroniarzy zmiłuje się i poprowadzi stadko do wodopoju. „Circe about" czekałam ze trzy razy po 2 godziny w czymś takim. Brr. I nie zawsze udaje się za pierwszym razem, czego Hermi świadkiem (pierwsze podejście do photo-opa zakończyło się fiaskiem niemal tuż przed metą). Uwaga, jak się już jest na sali autografów, można podchodzić do kilku aktorów po kolei, chyba, że to jeden z wielkiej trójki, do którego obowiązują osobne kolejki. Uwaga dla żółtodziobów - autografy można zbierać na oficjalnych zdjęciach (sprzedawanych w marchendise room - najlepsza była taka płachta ze wszystkimi gośćmi konwentu w jednym miejscu), własnych photo-opach i ewentualnie wydrukowanych fanartach, czy plakatach. Zapomnijcie o podpisach na koszulkach - chociaż widziałam dziewczynę z dmuchaną piłką. Wszyscy prócz wielkiej trojki podpisują autografy imienne. Przy okazji można obdarowywać ulubieńców prezentami. Najczęściej były to bransoletki, biżutki, zdjęcia, słodycze, książki, alkohol i wyroby rąk własnych (w tym miejscu podziękowania za bransoletki z bursztynem i nie tylko, należą się impali1553). Oczywiście, nic nie było w stanie przebić książki ellaine z jej grafikami, tak cudownie opracowanej i przygotowanej, że Jaredowi oko zbielało. Mam nadzieję, że album z fanartami Hermi też zauważył, bo inaczej zrobię mu krzywdę w przyszłym roku (a że jest niejaką ofermą - mam szansę).

Podczas autografów można  chwilę pogadać z aktorami, z niektórymi nawet w kilku językach (patrz Sebastian Roche, Richard Speight Jr i operujący kilkoma słowami po rosyjsku Misha). Odczucia własne ze zdobywania autografów? Sebastian jest wariat, Richard narwany, Matt chudziutki, Rob słodki, Tahmhoh uprzejmy i nieco przestraszony, Ty seksowny, a Misha zabawny i ma strasznie niebieskie oczy. Z kolei Jared potrafi przeliterować swoje imię (Hermi, wiesz, o czym mówię) i jest skupiony (ha, ha, przy podpisywaniu mojego autografu miał już wybity bark, nic dziwnego, że był skoncentrowany na pisaniu w miarę równej linii), a Jensen słucha uważnie co się do niego mówi, patrząc na ciebie wielkimi oczyma. W moim przypadku był już szary ze zmęczenia, więc miałam nad nim litość i nie zagadałam go na śmierć. Pół godziny później szalał na scenie w harlem shake'u, wiec chyba odzyskał nieco sił.

Panele

Z uwagi na etatowe stanie w kolejkach, z paneli obejrzałam li i jedynie oba panele Jensena, Jareda, Jareda z Mishą oraz Jensena z Mishą ze słynnym harlem shake'iem. Zahaczyłam także o odbijającego pytania jak piłeczki Marka z nieco wyindywualizowanym z rozentuzjazmowanego tłumu Tahmohem oraz panel Ty'a z Richardem, którzy godnie zastąpili kontuzjowanego Jareda w sobotę i cudownie pokazywali „blue steel" (zwłaszcza w wykonaniu Ty'a było to gorylowato niepowtarzalne). Co zapamiętałam najbardziej? To, że Jared jest cholerną Pollyanną, a Jensen ma niewątpliwy talent komediowy. Poza tym ma długie ręce, a jego biodra żyją własnym życiem. Poważnie, harlem shake był obłędny, ale ruchów Jensena nikt nie przebił, nawet giętki Misha robiący z Ty'em coś w rodzaju ośmiornicy.

Na panelach wszyscy byliśmy świeżo po finale sezonu, więc najczęściej pytano o demon!deana, a Jensen wydawał się przeszczęśliwy i nastawiony entuzjastycznie do nowego demonicznego wyzwania.

 

Sobotni panel Jensena i Jareda

Jeden w czarnej koszuli, drugi w białej w drobną krateczkę i nieodłącznej białej beanie, którą mu zresztą Jensen podstępnie ściągał.

Mała JJ jest niesłychanie nieprzestraszalnym dzieckiem - po każdej próbie przestraszenia jej przez tatusia, wydaje z siebie tylko „ha".

Z kolei Thomas po własnym tacie reaguje panicznie np. na wystawę motyli w Londynie. I tak bardzo chciał zobaczyć wujka Jensena, że ten wysłał mu wideo. Uncle Jensen, uncle Jensen, i riposta Jareda - cicho bądź, bo nie zabiorę cię do motyli.

Jensen chciałby, by wątek deamon!deana potrwał nieco dłużej (jak większość) i przypomniał, że Dean ma jeszcze znamię Kaina, więc potencjalnie będzie potężniejszy i bardziej okrutny niż zwykły demon.

Chłopaki rozmawiali o wątku Sama z Amelią i Deana z Lisą (bawiąc się skrótami shippów do upojenia - Samelia czy Disa?). Oba wątki miały świadczyć o tym, że Winchesterowie mimo wszystko nie potrafią być szczęśliwi w zwykłym życiu.

Na pytanie, co jest im najtrudniej zagrać, Jensen odparł, że nie lubi, kiedy Sam nie jest Samem, a Jared, że nie znosi, kiedy relacje między braćmi są złe, bo w życiu są jak bracia i bardzo trudno im się grać coś innego. Po czym nastąpił krótki pokaz jak to Jared zagrałby Deana (postawiony kołnierz koszuli i buzia w ciup), a Jensen - Sama (oczywiście musiał poszukać czegoś, co przypominało długie włosy - w tym wypadku jakiegoś pęku wstążek i także buzia w ciup). O rany, czyżby buzia w ciup była cechą charakterystyczną obu Winchesterów?

 

 

Mieliśmy także kilka gwałtownych obróceń w stronę telebimu, żeby uzyskać powtórzenia. Jensen stwierdził, że Dean nie powinien mieć więcej tatuaży, bo nakładanie ich trwałoby wieki.

Obaj chcieliby zagrać w filmie o Supernatural i obiecali, że jeśli serial się skończy (wszyscy przewidują, że dziesiąty sezon będzie ostatni, ale kto wie?), nadal będą przyjeżdżać do Rzymu i urządzać kilkunastudniowe konwenty, by, począwszy od pierwszego, wspólnie oglądać sezony z komentarzami na żywo (po co im kilkanaście dni? my potrafimy obejrzeć po 4-5 odcinków dziennie). Ponadto podobno oglądali filmik na youtubie, na którym ludzie nagrywali swoje reakcje podczas oglądania serialu, jednym słowem - oglądali oglądających.

Co z życia braci podoba im się w przeniesieniu na życie codzienne? Jared stwierdził, że podoba mu się, jak bracia nagle zrywają się i jadą rozwiązywać kolejną sprawę, podając przykład, jak kiedyś siostra także poderwała resztę rodziny do boju. Jensen dodał, że jednym z dowodów ich przyjaźni poza ekranem jest fakt, że poprzedniego dnia towarzyszył Jaredowi u fryzjera. Godzinami.

Później J2 otworzyli wielkie pudło z paczek ustawionych na scenie (są w nich przeróżne zadania i wyzwania) i najpierw Jensen udawał, że coś wciąga do środka (ale Jared go uratował), a potem zaczęli wyjmować mniejsze pudełka z większych pudełek. Kiedy Jared nazwał to babuszką, z sali ktoś z oburzeniem zakrzyknął, że to matrioszka. W środku były dwa podwójne photo-opy z J2, które Jensen gdzieś schował, przy okazji walcząc z brokatem (tak bardzo chciał się go pozbyć, że nawet padał na kolana i wycierał ręce o podłogę).

 

Sobotni panel Jensena

Jensen opowiedział jak pracowało mu się z aktorem odgrywającym Alaistara (Christopher Heyerdahl)  - ufał mu, dlatego tak daleko mogli posunąć się w scenie tortur. Na pytanie, jaką postać z książki chciałby odegrać, Jensen odparł, że te powieści, o których myślał, już zostały zekranizowane. Z kolei pytany, jaką postać z musicalu chciałby zagrać, przypomniał, że dawno, dawno temu występował jako Tony w „West side story" (w szkole średniej), zastopowało go na myśl o zasugerowanym przez fankę „Moulin Rouge" i na koniec oznajmił, że dałby się pokroić na kawałki, gdyby mógł zagrać np. Jeana Valjeana z „Nędzników". Długo mówił o możliwościach rozwoju Deana i o tym, że takiego Deana lubi (co w kontekście demon!deana zabrzmiało groźnie).

Bardzo pięknie opowiadał o przyjaźni z Castielem, że są z Deanem pokrewnymi duszami, bo Cas w dużej mierze utożsamia się z Deanem - obaj są rebeliantami, obaj w pewien sposób wybrani, obaj podejmowali po drodze złe decyzje.  Po czym wbił śliczną, małą szpilkę w destiel, dodając, że w ich relacji nie ma niczego ukrytego, choćby niektórzy tak sądzili. Spytany w jaki sposób będzie grał demona, Jensen odpowiedział, że potrafi grać Deana w każdej sytuacji (nawet we „French mistake"), ale tym razem będzie inaczej, bo nie będzie grał Deana. Jednak wierzy w scenarzystów - powinni sobie  tym poradzić. 

Po raz kolejny opowiedział o tym, jak dręczyli Mishę w trakcie reżyserowanego przez niego odcinka - wszystko przez fanów, bo wszak tego oczekiwali. Stwierdził, że tak potwornie mu dokuczają, bo go bardzo lubią, a jak się kogoś lubi, należy mu płatać psikusy. Jednym słowem, lubimy go, więc niech cierpi, psychicznie (i fizycznie, dodał z uśmiechem złoczyńcy). Oczywiście, prowodyrem jest Jared. Tylko Tahmoha trochę się boi, bo jest profesjonalny i duży. Biedny Osric.

Otworzywszy pierwsze pudełko Jensen wykrzyknął „holy hell" i rzeczywiście - była to Tiara Przydziału. Przymierzył, postał, wyrecytował domy Hogwarthu, ale nie przyznał się do żadnego, porobił miny i zdjął Tiarę (okropnie potargany). Wyznał, że nie oglądał Harry'ego Pottera (a czytanie to co?). Spytał, kto jest fanem HP, po czym udawał, że schodzi ze sceny, przywołany z powrotem odpowiednią muzyką.

 

 

W następnym pudełku był skrypt z „Hitcha" (ajajaj, o cholera, naprawdę?), ale wspomógł go Misha, wpadając na scenę (całus na dzień dobry) i przymierzając Tiarę (nie zawsze przyzwoicie). Mieli krótką rozmówkę na temat lubienia i zadawania cierpień (tak, moja babcia też mówiła, że mnie lubi, jak mnie biła, oświadczył Misha), po czym przeszli do odczytywania dialogu z „Hitcha. W pewnej chwili Misha rzucił się do ostrego calowania Jensena, po czym mieli wykład na temat całowania na ekranie i zasady nie używania języczka (podobno właśnie naruszonej przez Jensena). Okazało się, że przez lata obaj naruszali zasadę „bez języczka", a Misha nawet o niej nie wiedział. Pojawiła się cudna historyjka o tym, jak ostatnio Jensen całował się na ekranie (zapewne z aktorką odgrywającą eks-gwiazdę porno), która zaczęła od przypomnienia tejże zasady. Dzielnie się trzymał, po czym po kilku ujęciach aktorka sama się złamała, a on uchylał jak mógł.

Nastąpiła kolejna anegdotka z czasów „Dark Angel", kiedy to do sceny z Max w lokalu ze striptizem, kiedy miała go zaczepiać inna z dziewczyn, wybierano z prawdziwych striptizerek i dostał się w ręce 20 dziewczyn, które miały go traktować jak najlepszego klienta. Jako że miał wtedy dwadzieścia kilka, lat był bardzo... zadowolony (mina była bezcenna).

Niedzielny panel Jareda

Delikwent wyglądał na wykończonego, ale wbrew pozorom nie miał kaca, tylko - jak już większość wiedziała - cierpiał po wybiciu barku. Oczy podkrążone, koszula zmięta, beanie najchętniej naciągnąłby po same uszy. Ale mówił niegłupio i trochę jak Pollyanna - on naprawdę potrafi cieszyć się ze wszystkiego. Na pytanie, czy za młodu miał aktorskiego idola, odparł, że nie, dla niego autorytetem jest raczej ojciec - księgowy i starszy brat - lekarz chirurg (przy okazji dowiedzieliśmy się, że siostra Jareda jest architektem, a mama - nauczycielką). Bardzo ładnie podkreślił, że zabierając się za aktorstwo nie należy szukać sławy ani pieniędzy, bo zawsze będzie ktoś sławniejszy, piękniejszy lub bogatszy od ciebie. Trzeba być sobą i szukać własnej drogi we wszystkim, czego się tknie.  Mówiłam, że czysta Pollyanna. Później sporo miłych słów powiedział o współpracy z Peterem O'Toolem na planie „Christmas Cottage".

 

 

Skomplementowany w kwestii doskonałych przejść z Sama na Gadriela i odwrotnie, przyznał, że do każdej wersji Sama podchodzi jakby była to zupełnie nowa rola. Jak myśli, co się teraz stanie z Samem? Pewnie nie uda mu się skontaktować z Crowley'em, więc wróci do pokoju Deana, a tam nie będzie jego ciała, więc będzie robił wszystko co w jego mocy, by odnaleźć i odzyskać brata.

Ulubioną sceną z relacji braterskich pozostaje dla Jareda scena z „Fresh Blood" (Hermi się ucieszyła, bo to także jej ulubiona scena). Przyznał, że w scenariuszu  w prywatnym niebie Castiela rzeczywiście na ścianach wisiały zdjęcia Deana, ale uznali, że to zaburzyłoby wymowę odcinka. Podobnie jak Sam kocha swojego brata, ale wie, że najbliżsi potrafią nieźle wkurzać. Ulubione włoskie jedzenie to bruschetta (chleb z oliwą i pomidorami) i pomidory z mozarellą i bazylią (tym razem to ja się ucieszyłam, mniam). Opowiedział, że kiedy umawiał się z Gen, 11 dni spędzili we Włoszech, m.in. w Portfino - jeśli zabierzesz dziewczynę do Portofino i nie zrobisz na niej wrażenia - znaczy nic z tego nie będzie.

Niedzielny panel Jensena

Pojawiło się kilka pytań bardziej do scenarzystów, niż do Jensena - dlaczego Sam nie szukał Dean w Czyśću, czy dlaczego już nie stosują „Christo", by wykryć demony. Odparł, że w zasadzie jest tylko „tańczącą marionetką"  i w domyśle, gra, co mu każą (co jak wiemy, nie do końca jest prawdą, jako że chłopakom zdarzało się zmieniać dialogi). Notabene, Jared na meetach i greetach powiedział, że mają własny bullshitometr do oceniania stopnia „bzdurności" fabuły. Jejku, że też im nie wyleciał w powietrze przy „Bloodlines".

Jensen mówił także o tym, jak wieczorem zmywa Deana razem z makijażem, a gdyby go spotkał, spytałby, czy nie mógłby sobie sprawić nowej kurtki i dodał, że Impala jest ekstra, a jego brat ma świetne włosy. Ale nie pojechałby z nim rozwiązywać sprawy, tylko poprosił, by wysadził go gdzieś po drodze. Co prawda nie wie, czy demon!dean w ogóle musi jeść, ale on na zakończenie wyobraża sobie szczęśliwego Deana otoczonego ciastem.

Tylko ciastem, nie z Casem, jak podsunął głos z sali.

Pochwalił się, że obejrzał dwa sezony „Gry o tron", przeważnie w samolocie z Vancouver do LA i z powrotem. Zna jednego z reżyserów „Gry o tron", z którym współpracował przy Dark Angel i Smalville, więc gdyby zaproponowali mu jakąś rólkę...

Padło pytanie, jak zareagował Dean, gdy znalazł Sama przywiązanego do łóżka w „Time for the wedding"? Znowu - pomyślałby sobie Dean. W sumie nie wiem, jakiej odpowiedzi oczekiwała zadająca pytanie fanka - że Dean co prędzej wykorzystałby sytuację w kwestii wincestu?

Pojawiły się kolejne pytania o demon!deana, ale Jensen nie wiedział, czy można będzie go uzdrowić i czy pomoże w tym Sam, Castiel czy Metatron. Podkreślił, że będzie potężniejszym demonem niż przeciętny. A poza tym „Dean is dead".  Na pytanie jakiego superbohatera chciałby zagrać (głosy z sali - Captain America) Jensen odparł, że ten statek już odpłynął. Może Green Lantern, bo mają podobne głosy (glos Deana to czysty Batman). Na pytanie, jak się powinno reżyserować, odpowiedział, że odrabianie pracy domowej to dobra rzecz. Według niego reżyserzy dzielą się na dwie kategorie - kolekcjonerów i łowców. Kolekcjonerze zbierają materiał, trochę tego, trochę tamtego i wybierają to, co jest im potrzebne do pomysłu, tymczasem łowcy gonią za uzyskaniem odpowiedniej sceny, której pragną. Są artyści i rzemieślnicy, a on jest raczej rzemieślnikiem, stolarzem, nie artystą rzeźbiarzem. Opowiedział także, jak niezwykle było reżyserować własnego ojca - „Tato, hm, może byś spojrzał tam, bo tam są kamery." „Może." O rany. Wspomniano jeszcze o wątku z „The End" - raczej się nie spełni, ale może Castiel zacznie nosić sandały oraz przyjaźni z Crowley'em - a może być jeszcze większa?

Panel Mishy i Jareda

Pierwsze pytanie było prośbą o to, by określi Deana, Sama i Casa jednym słowem. Misha wybrał najprostsze rozwiązanie - głupi, głupi i głupszy, a Jared stwierdził, że Sam byłby wysoki, Dean gniewny, a Cas dramatyczny. Jared pocieszał nerwową fankę, że dobrze być nieco poddenerwowan na scenie - on ma tak cały czas. eM zasugerowała, że teraz, gdy Dean jest demonem, można by robić mu niezłe kawały (było to pytanie Hermi, która nie mogła być na panelu jako ten biedny hunter, więc dziękujemy eM za jego zadanie). Chłopakom bardzo się spodobała sugestia psot - Misha wymyślił żelazny widelec, a Jared wodę święconą spod prysznica i strzelanie do oporu.

Swoją drogą, Hermi wykoncypowała jeszcze pułapkę na demony na talerzu, a wy sami możecie popuścić wodze wyobraźni. Spytani, jaki odcinek zamieniliby na film pełnometrażowy obaj odpowiedzieli, że „French Mistake" lub „Changing Channels". Przy okazji Misha wyznał, że nie tylko imię ma dziwne, a Jared, że jako Sam spędzałby większość czasu w bibliotece. Spytani, kiedy się zaprzyjaźnili, dla żartu zdziwili się, że są przyjaciółmi. Jared stwierdził, że przyjaźń rodzi się powoli, ze wspólnego spędzania czasu, wspólnych posiłków, rozmów, a Misha dodał, że początkowo reszta myślała, że jest creepy.

Jak daleko posunęliby się w przygotowaniach do roli? Jared potrafi przybierać i zrzucać na wadze, choć jego ciało z uporem wraca do stanu chudości (w piątym sezonie starał się o rolę Conana - stąd napakowanie). Mógłby nawet zgolić głowę (wyobraźcie sobie ten jęk na sali).

 Nowe zadania dla braci? Kupcie sobie nowe ciuchy, wybierzcie się na Haiti i może rozmawiajcie o swoich uczuciach nieco wcześniej, niż w trakcie umierania Deana, kiedy Sam wypala - „ha, ha, żartowałem, kocham cię". W tym momencie Misha przypadkiem położył rękę na ramieniu Jareda, co skończyło się bolesnym grymasem twarzy i udawaniem, że Misha chce mu przyłożyć na porządnie, sztucznym płaczem i ogólnymi przeprosinami. Ktoś wspomniał o filmiku z początków kariery Mishy, na co ten odpowiedział, że wtedy był młody i straszny w graniu, ale się zmienił - jest już starszy. Przypomnieli sobie o resume Jensena i Mishy z zeszłorocznego JIB Conu, ale nikt nie znalazł resume Jareda. Co powinno na nim być? Kickoboxing, modeling, futbol. I czy znasz kogoś, kto nie jeździ na rowerze, że o tym pisałeś? Tak, ja nie jeżdżę na rowerze, zawołałam w tym momencie z oburzeniem. Po czym na scenę wkroczyli Ty i Osric (przepraszam, Master Chau).

Panel Mishy i Jensena

Zaczęło się od wtargnięcia na końcówkę panelu Marka i Tahmoha.

Jensen uczył Tahmoha jak szybko odwracać głowę i przybierać nagłe pozy, by powtórzyły się na telebimie. Przy okazji pogratulował Markowi, że został regularnym aktorem sezonu 10. Na początek w pierwszym z otworzonych pudeł chłopaki znaleźli cylinder z wyskakującym króliczkiem i na zmianę się nim zabawiali (Misha na kolanach za krzesłem Jensena - to był widok).

Niemal popłakali się ze śmiechu, zwłaszcza Jensen. Jako że w kolejnej paczce był model samolotu,

Jensen raz jeszcze zaczął przepraszać Mishę za dręczenia na planie - okazało się, że wyprowadzony z równowagi Misha zaczął rzucać w nich papierowymi samolocikami. „Fucking human beings", wykrzyknął Misha z bólem, zapewne wciąż pamiętając „dowcipy". Faktycznie, byli tacy okropni (Jensen pokazywał, że nawet kamerzysta dręczył Mishę, nie wspominając o nim samym, rozpinającym i zapinającym rozporek), że następnego dnia go na serio przeprosili.

Potem padło pytanie, jakie nakrycie głowy chciałby Jensen dla dean!girls, jako że miłośniczki Mishy noszą czapki z małpimi mordkami. Jensen stwierdził, że najlepiej coś z rogami, zbrojnego i gniewnego. Misha przemawiał z przedziwnym rosyjskim akcentem (o, shut up, zażyczył sobie w końcu Jensen), a Jensen flirtował z zadającą mu pytanie fanką, znaczącą wskazując palcem na zaplecze („Jensen", "Tak, to ja", „Wieeem" plus poza podrywacza). Wspomnieli o recenzji finału w Variety - przeokropnej.

Jensen długo i bardzo miło mówił o tym, że Dean i Castiel to towarzysze broni, że Cas poprzez Deana poznawał ludzkość, że umarliby za siebie, a najściślejsze więzi rodzą się w dramatycznych sytuacjach.  Później padło pytanie, co by zrobili, gdyby obudzili się w ciałach kobiet, na co Misha natychmiast zripostował, że Dean pewnie zacząłby się bawić sam ze sobą, a Jensen potwierdził, że faktycznie - cycki. Rozmowa zeszła na ofermowatość i chociaż Jennsen wykrzykiwał, że w końcu to nie on wywichnął sobie bark, na telebimie powtórzono kilka razy scenę z gag reelów do „LARP and the Real Girl", w której padał na ziemię, a Jared udawał, że chce go przebić. Doszli do wniosku, że jednak Jared jest większą ofermą i przytoczyli całą opowieść o tym, jak Jason Manns łapał żelki w green roomie i podawał je Master Chau.

Przez chwilę zastanawiali się nad wizją demon!deana z armią minionów przeciw armii Castiela, choć Misha zauważył z oburzeniem, że miniony są jego. Następnie znaleźli paletki z przylepcami do chwytania piłeczki i najpierw udawali, że zupełnie nie widzą, do czego to służy, a później przerzucali sobie piłkę. Jensen ma dobry chwyt, ale raz o mało nie zleciał ze sceny - na szczęście całkiem zgrabnie zeskoczył tyłem.

Jedna z fanek poprosiła o harlem shake, wobec czego zaprosili ją na scenę (skąd jesteś - z Neapolu, po angielsku brzmi to jak nipples - sutki, więc oczywiście Jensen wykonał odpowiedni ruch). To, co zaczęło się dziać później, przeszło wszelkie oczekiwania. Fanka zaczęła tańczyć, chłopaki dołączyli, a Jensen dał z siebie wszystko. Dzielny Captain Ameryka ruszający do boju. Chodziły mu nogi, biodra, ręce i całe ciało. Odkopnął krzesło, żeby zrobić więcej miejsca i puścił się w dzikie pląsy, łącznie z miarowym uderzeniem mikrofonem o pośladek. Misha dzielnie go wspomagał, a chwilę później na scenę wemknęli się Ty, Richard (nagrywający aparatem) oraz Matt przebrany za cierpiącego Jareda.

Jak sądzę, ta wersja harlem shake przejdzie do annałów historii. Ze specjalnym uwzględnieniem ośmiornicy Ty'a i Mishy, który rzeczywiście jest niezwykle giętki.  Po wszystkim Jensen bardzo przeprosił za wszystko, co się wydarzyło. 

 

 

Chłopaki przyspieszyli z odpowiedziami na pytania. Przy tym, co Cas czuje na wieść o śmierci Deana, zaczęli patrzyć na siebie wymownie, a Jensen ze śmiertelną powagą zapytywał Mishę - „no właśnie, co Cas czuje do Deana?"  Misha zaprezentował, jak by to wyglądało, gdyby przekonany o śmierci Deana Castiel zobaczył go żywego, więc podbiega do niego z okrzykiem radości: „O, ty żyj...", po czym spostrzega zdemonienie Deana i kończy: „kurna!". Na pytanie o to, jak Cas wygląda naprawdę, Jensen odpowiedział, że jak stary piernik. Jeśli chodzi o podróże w czasie - Jensen chciałby wrócić w lata 40-te, fajne stroje i klimat, ale z drugiej strony - ta wojna. W takim razie może późne lata 40-te.  Misha wolałby raczej wyruszyć może 10 lat w przyszłość, kiedy to Master Chau będzie rządził światem.

Wolne wnioski

Było jeszcze cudowne otwarcie (Ciao, master Chau) i nie mniej roztańczone zakończenie ze wspólnym odśpiewaniem „Carry on, My Wayward Son" i tańcami, łącznie z kontuzjowanym Jaredem, który chwała Panu, zaczął w końcu nosić solidny temblak. Podczas zakończenia ekipa podziękowała Danieli za organizację już pięciu rzymskich konwentów, wręczając jej scrapbooka z wpisami fanów. Rzeczywiście, za tak sprawne zorganizowanie spotkania należą się jej (i jej współpracownikom) wielkie brawa. Chapeau bas! Oby w przyszłym roku Jared nie siłował się z Master Chau... no, w każdym razie niczego sobie nie zrobił.

Klimat konwentu jest niepowtarzalny, bo wszędzie wokół kręcą się ludzi z podobnie nieprzytomnym błyskiem w oku i nikomu, ale to nikomu nie wydaje się dziwne, że fangirlujesz. Miła odmiana. Co prawda czułam się trochę creepy, kiedy stałam w długim ogonku po autograf Mishy, lecz cały czas zerkałam na prawo, gdzie tuż obok podpisywał się Jensen w czarnej koszuli - piękny jak młody Bóg, chociaż znacznie od niego uprzejmiejszy (Boshh, jak on cudnie podziękował nawet za nalanie mu wody do szklanki). Mało skrętu szyi nie dostałam od tego zagapienia się.

Serdeczne dzięki dla ellaine i eM, świetnie się z wami gadało, wyjadało paluszki i peregrynowało po lotniskowych jadłodajniach. Poza tym książka stworzona przez ellaine jest majstersztykiem - tak, żebyście o tym wiedzieli.

Dzięki Jus in Bello zyskałam kilka nowych bon-motów, które zapewne na stałe wejdą do mojego słownika. Zamiast „o, tam" można stosować „Tahmoh, Ty". Zamiast Osric Chau z całą pewnością należy używać „Master Chau" i to z odpowiednio głębokim ukłonem. Poza tym, Daniela o tym wiem (to tylko dla wtajemniczonych, ale niezłe wyrażenie - wytrych). A na koniec słodkie „o, shut up" Jensena. Wiem, nieco dziwne że „shut up" może być słodkie, ale cóż na to poradzę - było.

Jeśli o czymkolwiek zapomniałam - wybaczcie i złóżcie to na karb mojego oszołomienia swoim pierwszym konwentem Supernatural. I powiem wam w zaufaniu - już marzę o tym, by tam wrócić. 

 

Maire

 



Supernatural.com.pl @ Wszelkie prawa zastrzeżone.Strona Non- Profit prowadzona przez fanów dla fanów.