Agencja - Biuro nieruchomości Kraków, Wrocław, Gliwice
GWROTA
panteon
stv
Wgraj obrazek o tytule art-mlotbogow.jpg do katalogu /images/belki/statyczne/

Młot bogów

AC/DC zagrało w czwartek w Warszawie. Był to dopiero drugi koncert tej kapeli w naszym kraju. Minęło już bowiem 19 długich lat, odkąd zespół wystąpił w Chorzowie podczas trasy Monster Of Rock. Koncert ten miał zacząć się od "Thunder! aaaa, aaaa, aa…" czyli tak samo, jak zaczął się 5. sezon Supernatural.

Tradycją stało się, że muzyka AC/DC inauguruje pierwsze odcinki cyklu. W czwartej serii było to "You Shook Me All Night Long", w przypadku trzeciej - "Hells Bells". Pierwsze dwa sezony niby się tutaj wyłamują, ale w Pilocie słyszeliśmy "Back In Black". Kawałek stał się nieoficjalnym hymnem Sama i Deana Winchesterów oraz charakterystycznym podkładem dla podróży Impalą. Czyż można wyobrazić sobie lepszą muzykę do serialu opowiadającego historię dwóch braci, jak muzykę zespołu zаłożonego przez innych dwóch braci? Mam tu na myśli oczywiście Angusa i Malcolma Youngów.

Zarówno sam Angus jak i zakładany przez niego szkolny mundurek wzbudza spore kontrowersje. Przez fanów zespołu jest on otoczony kultem, a przez antagonistów wyśmiewany. Ja sam przez długi czas byłem wobec mundurka obojętny. Co najwyżej wydawał mi się mało gustowny. Od momentu zapoznania się z jego genezą, wdzianko nabrało dla mnie symbolicznej wartości. Podobno młody Angus, wracając ze szkoły, tak bardzo palił się do gitary, że chwytał za instrument bez uprzedniego zdejmowania tegoż stroju. Siostra muzyka zasugerowała, że jest to znakomity kandydat na kostium sceniczny. W tej opowieści istotne jest dla mnie, jak bardzo Angus odczuwał pragnienie gry i ile czasu musiał poświęcać żmudnej nauce gry na instrumencie. Wielu ludzi chciałoby nauczyć się grać na gitarze, ale mówią, że nie, bo nie mają talentu, a za to skaleczyli się w palec i mają dziurawą skarpetkę. Tymczasem niezależnie jakiego rzemiosła chcesz się nauczyć, jakiejkolwiek umiejętności nie chcesz posiąść, czy to gry na instrumencie, rysunku, piłkarstwa, kowalstwa, Kamasutry, to musisz ustalić priorytety i poświęcić swój czas. Nie zapłonie nigdy żadna iskra talentu bez codziennych, kilkugodzinnych ćwiczeń.

Wokal Briana Johnsona to kolejny przykład, jak do jednego faktu można przykleić etykietki o różnych kolorach. Dla niektórych jest wokalistą, śpiewającym po prostu w bardzo wysokiej tonacji (na bemowskim koncercie przekonały się o tym moje migdałki), podczas gdy na własne uszy usłyszałem, że jest on „piszczałką”. Jednak oskarżenia jakie padają na Briana, że podczas koncertów często nie daje już rady, są moim zdaniem absurdalne. Owszem, było to również słychać na Bemowie, ale dlaczego kieruje się takie zarzuty w stronę wokalistów czterdziestoletnich i starszych? Kiedy problemy wokalne mają dwudziestolatkowie, to na to wszyscy są głusi.

Dla fanów AC/DC jest zespołem, którego muzykę można rozpoznać już po pierwszych dwóch taktach. Dla wrogów natomiast - kapelą grająca w tętent jednego tylko kopyta. Prawda leży gdzieś pośrodku. Jednak daleka droga dzieli takie "T.N.T." od "Anything Goes". Zaczęli od surowego bluesa, poprzez tworzenie legendarnych rockowych standardów, a na najnowszym albumie "Black Ice" są przebojowi w taki współczesny sposób, ale to cały czas jest od razu rozpoznawalne AC/DC. Czy się to komuś podoba czy nie, ta australijsko-szkocka kapela jest jedną z najważniejszych w historii rocka. Bawiąc się dalej w geografię, stwierdzam, że członkowie AC/DC są największymi muzykami Szkocji, a obok Nicka Cave’a i The Bad Seeds - największymi artystami Australii.

Charakterystycznymi dla AC/DC są riffy skomponowane na zasadzie start-stop oraz kawałki hymniczne. Ich chóralne wersy są idealne do śpiewania dla fanów podczas koncertu. Najukochańszy mój kawałek zespołu, czyli For Those About To Rock, zawiera niesamowite, więcej niż patetyczne zakończenie. Brzmi jak jakaś rockowa msza święta. Te armaty, te podniosłe śpiewy! Podciągane przez Angusa struny żądlą mnie i żądlą.

Bilet na bemowski koncert odkupiłem od redakcyjnej koleżanki Karoliny (znanej na portalu jako Caroline, a na forum pieszczotliwie nazywanej Misiem), która z bólem serca musiała zrezygnować z AC/DC i wyjechać do Bułgarii. Udało mi się na wyjazd natomiast namówić admina, czyli SSJ-a [oklaski! – dop. SSJ]. Poświęciłem na to kilka tygodni pertraktacji, rzucania zaklęć, odprawiania rytuałów. Wreszcie przekonałem go, że sesję zawsze przecież będzie mógł zaliczyć za pół roku, podczas gdy AC/DC raczej zbyt prędko do nas nie ponownie nie zawita [jasne, trzeba mieć w życiu priorytety]. Naszymi towarzyszami mieli być Dominik i Łukasz Brzezińcy. Czyli w tej historii pojawiła się trzecia już para braci.

Czerwone niebo o poranku
Plan na koncert AC/DC był prosty. Wraz z mym kumplem Brzezikiem przyjeżdżamy do Warszawy, zgarniamy na dworcu SSJ-a i mieszkającego w stolicy starszego brata Brzezika, idziemy na chwilę do niego do domu, a następnie jedziemy na Bemowo.

O godzinie 11:40 zamknąłem drzwi swego Poddębickiego mieszkania i udałem się na busa do Łodzi. Po drodze kupiłem długie sznurówki, aby móc później włożyć je do swych glanów i obwiązać sznurowadłami łydki. Chciałem po prostu zachować Procedury Bezpieczeństwa Koncertowego w zakresie „Niechaj cały twój strój wróci razem z tobą”. To niestety nie był koniec problemów. Zauważyłem, że jeden z mych raptem półrocznych glanów może wkrótce zgłodnieć i otworzyć paszczę. Uzbroiłem się więc prewencyjnie w Super Klej. Na Dworcu Fabrycznym w Łodzi, po kilku minutowym oczekiwaniu na Brzezika, udaliśmy się wspólnie na peron. Po drodze mym oczom ukazał się obraz nędzy i rozpaczy. Obraz podążał za mną przez chwilę, wzbudził we mnie nawet odruchy człowieczeństwa, ale poza tym nic więcej już nie wskórał.

W pociągu otworzyłem piwo, a następnie udałem się do wc na papierosa. Zacząłem mieć wyrzuty sumienia, czy moje zachowanie nie jest oby dziecinne i niekulturalne zarazem, czyli po prostu niegustowne. Moje sumienie przestało cierpieć już przy drugiej wizycie w kabinie toaletowej. Ja wraz ze swoim papierosem należeliśmy do lepiej zachowujących się podróżnych. Bo chociaż za każdym razem zostawiałem wc w czystości, to przy następnych wizytach witał mnie mocz na podłodze. Pewnie dlatego na tej samej podłodze, w artystycznym nieładzie, leżały też sterty papieru toaletowego. Musiałem to sprzątać za każdym razem, aby nikt nie pomyślał, że oto Ja, nowoczesny rock’n’rollowiec, jestem brudasem, dresiarzem, czy też może innym ciulem bez skrzydeł. Oczywiście, z każdym przystankiem zwiększał się w pociągu odsetek fanów AC/DC wśród podróżujących. Á propos przystanków - duże brawa dla Skierniewic za ich bardzo ładnie wyremontowany dworzec. Nie mogłem się napatrzeć na zbudowany na czerwonej cegle budynek.

A ja tylko od siebie dodam, że nie miałbym do niczego i nikogo pretensji, gdyby tylko pociągi jeździły punktualnie… tymczasem PKP to wciąż Poczekaj, Kiedyś Przyjedziemy.

Kiedy tama pęknie
Po półtoragodzinnej jeździe dotarliśmy na Dworzec Centralny w Warszawie. Po wyjściu na zewnątrz oczom mym ukazał się Pałac Kultury. Z prawej natomiast nadciągał Starszy Brzezik, a z lewej admin SSJ wraz z białoruskim kolegą. Białoruski kolega poszedł w swoją stronę, a nasza czwórka udała się na z góry upatrzone pozycje. Czyli do mieszkania Brzezika. Okazało się, że znajduje się ono na całkiem malowniczym osiedlu. Dużo zieleni, ładnie skonstruowane bloki, czyste klatki. Po rozpakowaniu rzeczy, zjedzeniu pizzy oraz konsekwentnym dolewaniu „oliwy do ognia”, wyruszyliśmy w końcu w stronę miejsca, które było celem naszej podróży. A było nim oczywiście Bemowo, które mieści się na starym, indiańskim, obrzuconym klątwą cmentarzu. [jesteś pewien, że to był na pewno cmentarz, a nie lotnisko?]

Czekać nas miała jeszcze godzinna podróż autobusem. Przynajmniej tak wyglądał początkowy plan. Jazda była oczywiście bardzo przyjemna, okraszona intelektualnymi dyskusjami i wymianą poglądów [w tym oczywiście przegląd każdego możliwego odcinka i aspektu Supernatural]. W pewnym momencie dosiedli się do nas fani AC/DC z Bielska Białej. Poskutkowało to jeszcze bardziej intelektualną dyskusją i znamienitszą wymianą poglądów. Podczas jazdy stwierdziłem, że chyba się starzeję. Zapomniałem, że autobus miejski to nie pociąg [dokładnie, przecież spóźnienie autobusów liczy się w minutach, pociągów zaś w godzinach]. Na 50% z naszej fantastycznej czwórki padł bowiem złowieszczy cień zemsty pęcherza [i to nie byłem bynajmniej ja!]. Wyskoczyliśmy więc z autobusu, aby stoczyć nierówną walkę z siłami natury. Po oddaniu salwy honorowej, ruszyliśmy w stronę następnego przystanku z zamiarem zabrania się na Bemowo kolejnym autobusem, który ostatecznie okazał się być tramwajem, wypełnionym fanami AC/DC.

Za dwie północ
Przed koncertem czekała już na nas cała armia. Rozbawił mnie obrazek, kiedy w jednym miejscu stali ludzie z napisami „bilet kupię”, a dosłownie obok nich „bilet sprzedam”.

Do naszej czwórki dołączył wspomniany już białoruski kolega. Przyprowadził ze sobą białoruską koleżankę o oczach zielonych bardziej, niż trawa pod naszymi stopami. Zanim weszliśmy na koncert, udaliśmy się jeszcze wszyscy razem do mieszczącego się obok hipermarketu po catering dla naszych pojazdów. Ja akurat zacząłem tankować już po przekroczeniu drzwi hipermarketu. Uprzejmy stróż prawa zwrócił mi uwagę, abym znalazł sobie jakieś lepsze miejsce ponieważ stoję akurat pod kamerami. - To się skończy mandatem - powróżył mi. W tym momencie moja mina wyrażała bardziej skruchę, niż rock’n’roll. Za pomocą wolnej woli [i SSJ-a] udało mi się jednak uciec przed przeznaczeniem.

Kiedy chcieliśmy już wejść na koncert zauważyłem, że jakiś biedny fan się właśnie rozchorował. Był tak chory, że jego towarzyszka musiała trzymać mu głowę. Pewnie go zawiało [tak, tak, ja też bym to obstawiał]. Pogody przecież takie zmienne ostatnio. Kontynuując wątek muszę wspomnieć, że niejeden fan leżał już na trawie zalany w płaskorzeźbę.

Musieliśmy minąć chyba ze trzy bramki i pokonać z pół kilometra, aby dostać się do publiczności. Nakazałem wówczas iść wężykiem i obiecałem doprowadzić nas pod barierki. Na barierki przed samą sceną nie mieliśmy żadnych szans z powodu wydzielonej strefy dla fanów, którzy kupili droższe bilety. Ale pod ogrodzenie dla naszej strefy dostaliśmy się nadspodziewanie łatwo. Liczyłem, że znajdziemy się tam tak w połowie występu AC/DC, a tymczasem byliśmy tam już parę dobrych minut przed koncertem. Jakiegoś ogromnego ścisku wtedy jeszcze nie było. Pozostało nam już tylko czekać, aż na przyozdobionej czerwonymi rogami scenie zgasną wreszcie światła [i zacznie się wspomniany ścisk].

Zaczęło się piekło
Tak jak pozostałe koncerty z Black Ice In Tour, występ na Bemowie zaczął się sugestywną animacją. Od wielu już lat AC/DC rozpoczyna utworem ze swej najnowszej w danym momencie płycie. "Rock’N’Roll Train" nie był więc zaskakującą inauguracją. Ale zaskakujące było to, że ten kawałek wypadł aż tak wspaniale. Ach, ten euforystyczny refren i poprzedzające go przejście ze zwrotki! O Szatanie mój najdroższy… Tego nie zapomnę nigdy. Ten kawałek powinien, moim zdaniem, stać się najmłodszym standardem AC/DC.

Po następnym, "Hell Ain't a Bad Place to Be" ścisk zrobił się jakby mniejszy. Podobało mi się, że przed oczami mieszali mi się fani, którzy mogliby być moimi dziadkami z takimi, którzy mogliby być moimi dziećmi, gdybym się bardzo kiedyś postarał. Tłumione struny gitary zapowiadały oczywiście "Back In Black". Co tu dużo mówić, ten kawałek zawsze i wszędzie wyjdzie fajnie [ale nigdzie czarnej Impali nie było niestety]. Nie po raz pierwszy i nie ostatni tego wieczoru oraz w tym tekście napiszę, że refreny AC/DC są stworzone do grania na koncercie. Nie wiem jednak czy to zboczenie, czy może coś innego, ale podczas głównego riffu pomyślałem o Impali. Spora cześć publiczność jakby osłabła po tym numerze. O ile przez pierwsze trzy kawałki musiałem nieraz wyciągać fanów z pod nóg, o tyle przez kolejne "Big Jack", "Dirty Deeds Done Dirt Cheap" [moim zdaniem wypadł słabo, a to jeden z moich ulubionych utworów], "Shot Down in Flames" nie musiałem się już bawić w Winchestera piątej kategorii. I bardzo dobrze. Zwłaszcza, że zbliżał się absolutnie najwspanialszy moment koncertu, który tak naprawdę zaczął się dopiero od "Thunderstruck". Potwierdziło się, że Polak potrafi. To nie zespół, ale my zaczęliśmy ten kawałek. Publiczność zmusiła AC/DC swymi żądaniami wobec, do odegrania tego numeru. Podczas „Texas, yeah,Texas” popadłem na kilka sekund w ekstazę mieszającą się ze wzruszeniem [tak, byłem chyba w podobnym miejscu... tj. też na tym koncercie].

Następnie był nam dane usłyszeć "Black Ice", czyli tytułowy utwór z ostatniej płyty. Lubię ten kawałek, wypadł on dobrze, pytanie tylko, czy zostanie on kiedyś otoczony takim samym kultem, jak inne tytułowe numery jak np. "Back In Black", "T.N.T.", "Highway To Hell"? Cała autostrada jeszcze przed nim. Natomiast bardzo bluesowe "The Jack" będzie pamiętane głównie ze względu na fanki, które były pokazywane na telebimach [i czarny stanik jednej z nich!].

Na koniec utworu Brian Johnson znalazł się na wybiegu przed sceną i zajął uwagę publiczności. Nagle rozpoczął sprint w stronę środka sceny i zawisł na wielkim dzwonie, który pojawił się, kiedy wokalista zagadywał fanów. Była to oczywista zapowiedź "Hells Bells". Dzwon, armaty i inne otoczki wokół utworów, wraz ze sztucznymi ogniami i okładkami albumów wyświetlanymi na telebimach sprawiają wrażenie, jakby muzycy AC/DC chcieli powiedzieć „Mainstream to my”.  Jednak entuzjazm publiczności opadł troszkę podczas solówki. Miałem wrażenie, że mało kto już skacze, wariuje. Pozbawiło mnie to złudzeń, że będziemy dziś w stanie ukraść muzykom choćby pięć minut więcej, niż dla nas zaplanowali. Gdzie są ci wygłodniali fani narzekający na niedobór koncertów z prawdziwego zdarzenia? Pewnie, że ja też bym chętnie podczas koncertu poszedł na chwilę na sam koniec, zapaliłbym sobie, coś przegryzł, czymś popił, następnie bym się może nawet uczesał. W końcu wróciłbym w to samo miejsce i kontynuował koncert.

Podczas tej „przerwy” w ekscytacji pewien cieszący się trzema paskami na swych spodniach jegomość kazał mi uważać na łokcie! Zacząłem się zastanawiać, czy ja aby nie jestem na jakiejś studniówce? Ponieważ jednak wobec tej grupy społecznej przyjmuję postawę zen, zdecydowałem się oddalić od przesympatycznego towarzysza, zapatrzonego prawdopodobnie w Zachariasza, biorąc pod uwagę, że stosują takie samo uczesanie. "Shoot To The Thrill" był prawdopodobnie najbardziej hardcorowym momentem koncertu. Mój kark cały czas jeszcze się o niego dopomina. "War Machine" i "High Voltage" pozwoliły swoimi refrenami pośpiewać wspólnie z Brianem i utorowały drogę wobec następnego numeru, którym było legendarne "You Shook Me All Night Long". Był to drugi, w kolejności za "Thunderstruck", najlepszy moment tego wieczoru. Totalnie przestałem wówczas zwracać uwagę na swe łokcie i inne członki [nie wiem, czy to była taka dobra decyzja].

"T.N.T." było z całą pewnością ładunkiem wybuchowym dla publiczności. Iskra rozpaliła płomień, który podążając wzdłuż lontu, dotarł do celu. Tytułowe słowo grzmiało raz po raz z ust fanów. "Whole Lotta Rossie" zapamiętałem głównie ze względu na wielką dmuchaną lalę, która pojawiła się na scenie, aczkolwiek muszę powiedzieć, że nie była ona w moim typie [jasne, ty preferujesz te z zielonymi oczami…]. Podczas "Let There Be Rock" na publikę spadł deszcz konfetti. Wiatr sprzyjał mi nawet tego wieczoru i mogłem złapać jedną z karteczek ale przeszkodziły mi w tym albo dziurawe ręce albo zły wzrok i z koncertu wyszedłem z niczym. Potem nastąpiło długie solo Angusa – klasyczna, stara szkoła długich zabaw z publicznością. To, co zagrał, było tak naprawdę fajne jedynie w końcowej części popisu, ale to był właśnie moment najbardziej bezpośredniego kontaktu z publiką [jakby ktoś pytał o najlepsze hasło wieczoru, bez zastanowienia odpowiem: krzyczane przez fanów „Angus, napierdalaj!” – może i wulgarne, ale jakże ekspresywne i… polskie].

Było z góry wiadomo, że na dwa ostatnie numery podczas (pseudo)bisów, AC/DC zaplanowało "Highway To Hell" oraz "For Those About To Rock". Podczas tego pierwszego, które nie jest akurat przez ze mnie jakoś szczególnie ubóstwianym numerem, postanowiłem się wyciszyć, aby wybuchnąć podczas ostatecznego finału. "For Those…" zbudowało wspaniały, podniosły klimat oraz zmiażdżyło mnie zakończeniem [Brian nawet wykrzyknął nawet „we salute you, Polska!”]. Czyli było tak dobrze, jak też miało być.

Pobożne życzenie
Koncert wzbudził więc we mnie jednak sprzeczne uczucia. Z jednej strony, będą go pamiętał przez całe życie, ale z drugiej - chciałem ubawić się bardziej. Sprawdziło się, że o ile AC/DC posiada w swym repertuarze utwory otoczone kultem , które rozbawią całą publiczność, jak również i takie, które tę publiczność autentycznie dzielą. Mam wrażenie, jakby zarówno zespół nie był aż tak bardzo oddany publiczności, jak i na odwrót. Mówię tutaj o publiczności jako o jednym organizmie, a nie poszczególnych jej elementach. Sam niejednokrotnie zaczynałem wrzeszczeć „AC/DC”, trochę ludzi się do mnie dołączało, ale wkrótce okrzyki cichły. Po chwili taka grupka skandujących pojawiała się gdzie indziej - i tak w kółko. Nie było ciągłego, nieprzerwanego „AC/DC, AC/DC!”, przez 2 godziny, a można tak, wierzcie mi. Zapalniczki, jak widać, są już przeżytkiem. Ludzi wolą świecić podczas koncertów swymi komórkami. Muszę jednak przyznać, że dzięki nim mogę umieścić linki do nagrań z koncertu, a AC/DC nie poczęstowało nas żadnym utworem gdzie zapalniczki byłyby niezbędne [takie utwory też nie do końca są ich w stylu, więc nie winiłbym ich za to].

Z drugiej strony, może jestem sam sobie winien? Może moje oczekiwania były za duże? Może moje podejście do muzyki jest zbyt ekspresywne? To też, ale ostatecznie zadecydowało coś jeszcze. Ja nie trafiłem z setlistą. Wiele utworów wymieniłbym na "Touch To Much", "Let My Put My Love Into You", "Rock'N'Roll Dream". Oczywiście, każdy fan tak mógłby ponarzekać, powiedzieć "eeee, mogli zagrać to a tamot". Na swoją obronę mam utwory o jakże różnej aurze. A te amplitudy emocji są często korzystne dla odbioru muzyki. Tak w domu, jak i na koncercie. Zwłaszcza, kiedy mówimy o muzyce stosunkowo mało złożonej, jaką jest przecież muzyka AC/DC. Pierwszy z wymienionych to jeden z najbardziej hot kawałków jakie znam. Kiedy się go słucha, widać niemal pot spływający z kabla od gitary. Aż prosi się, aby wyjść na miasto zapolować. "Touch To Much" jest również na dodatek muzycznie odmienny od innych utworów zespołu. Pod względem treści pasuje natomiast idealnie. Jakim cudem ten niezwykle chwytliwy numer nie jest promowany na koncertach? Drugi z wyżej wymienionych jest, jak na AC/DC, bardzo namiętny i już podczas pierwszych trzech nut deklaruje swój nastrój. Pomimo tego, że posiada wyrażone w dosadny sposób erotyczne przesłanie, to zawiera w sobie też trochę cieplejszych uczuć na które chętnie odpowiedziałbym podczas koncertu swoją zapalniczką. "Rock'N'Roll Dream" jest bardzo melodyjny. Spokojny podczas zwrotki, ale i tak trudno mi przy nim usiedzieć. Obfituje w niesamowite wstawki gitarowe rozpoczynające się od drugiej zwrotki.

Fakt faktem, bardzo dobrze wiedziałem, jakich kawałków mogę się spodziewać. Wiedziałem, że nie ma szans na te trzy. Ale były szanse na "Who Made Who", "Hard As A Rock", "Razor Edge", "Giving The Dog A Bone", czy jakże często grane na tej trasie "Anything Goes" z ostatniego albumu. Inni fani mogli natomiast tęsknić za "Dog Eat Dog" oraz Are You Ready".

Więc obwiniam zespół, że nie zagrał mi tego, czego pragnąłem, przyznając, że nie mam być może prawa tego od nich wymagać. Ale mogę też zakręcić jeszcze bardziej. Fani napisali do AC/DC petycję z prośbą o zmianę setlisty sugerując, że zespół gra ciągle to samo. Brian Johnson skomentował to w następujący sposób: "Może i drą się na koncertach i wracają do domu uszczęśliwieni, ale przychodzą tylko po to, żeby usłyszeć "Thunderstruck". Nie wiedzą, jak to jest żyć AC/DC. Co na przykład mają powiedzieć fani, którzy nie słyszeli tych piosenek, które chcemy grać? Mamy zmienić setlistę dla paru grubasów, którzy siedzą w domu przed kompami? Walcie się. Nie wiem, czy wiecie, że zmiana jednej piosenki w setliście to 85 gości, którzy muszą o tym wiedzieć - technicy, operatorzy świateł i inni. Będziemy grać sporo z naszego starego repertuaru. Nie skretynieliśmy jeszcze, wiemy, że fani lubią stare piosenki. Ale taką petycją można doprowadzić mnie do szału. Nie jesteśmy partią polityczną, tylko zespołem rockowym."  Á propos starych kawałków, bardzo chętnie usłyszałbym "Baby Please Don't Go" (cover Them, który znalazł się na debiutanckim mini-albumie AC/DC zatytułowanym Jailbreak). Ten dynamiczny numer sprawdziłby się znakomicie na żywo podczas koncertu [w trakcie dwugodzinnego koncertu granie coverów nie ma sensu, wolałbym już kolejne hity samego AC/DC].

Czas już być może skończyć te rozważania. Kapela o tak długiej karierze, jaką jest AC/DC, dorobiła się tylu uwielbianych utworów, że nie da się w ciągu dwóch godzin zadowolić wszystkich fanów. Pomimo moich narzekań i tak ubawiłem się, jak należy, aczkolwiek oczekiwałem absolutnej pasji i obsesji. Był to stosunek przerywany, po którym sam się gubię, szukając odpowiedzi na pytanie - czy lepszy jest niedosyt czy raczej przesyt? Jednak bardzo chętnie, bez chwili zawahania i z iskrą w oczach zapukałbym do tych drzwi ponownie. Pytanie tylko, czy Angus je jeszcze otworzy.

Droga bez powrotu
Mniej więcej po drugim utworze AC/DC moja trójka kompanów zniknęła mi z oczu i spodziewałem się, że odnajdziemy się wszyscy dopiero w umówionym miejscu. Jednak dosłownie z minutę po zakończeniu show, kiedy właśnie chciałem odwrócić się w stronę wyjścia, podszedł do mnie SSJ [admin przecież widzi wszystko, nie wiem czym byłeś zaskoczony]. Białoruscy towarzysze znaleźli się chwilę potem [a nie mówiłem?]. Doczłapaliśmy się do stanowiska z coca-colą. Uzupełniając płyny ruszyliśmy w stronę wyjścia. Podczas koncertu usunięto bramki kontrolne i lekko zmieniono trasę co troszkę nas zmyliło [ludzie jednak korygowali tę trasę wg swoich upodobań, podejmując skuteczne próby przewracania barierek i siatek]. Przez tłum fanów zaczęła przedzierać się karetka. Przyszedł mi wówczas do głowy dość głupi żart - czyżby ktoś usłyszał właśnie "Hells Bells? [tak, to rzeczywiście dość głupi żart; co innego „Knockin’ on Heaven’s Door”] W końcu dotarliśmy pod umówiony słup, gdzie Brzeziki czekali już za nami. Białoruscy kompani udali się w swoją stronę, a my postanowiliśmy wrócić do domu. Ale z Bemowa nie dało się wydostać. Korki na ulicach, paraliż komunikacyjny, policjanci musieli kierować ruchem. Musieliśmy przejść 2 kilometry, gdzie mogła dotrzeć taksówka i zabrać nas w końcu do domu.

Rano Starszy Brzezik poszedł do pracy, a ja wraz z Młodszym i SSJ-em [oklaski na zejście] pojechaliśmy autobusem na Dworzec Centralny. Co ciekawe, w autobusie jechaliśmy wraz ze znanym publicystą Piotrem Zarembą. Muszę stwierdzić, że facet prezentuje się na żywo jakoś tak lepiej niż w telewizji. Na dworcu rozstaliśmy się z SSJ-em, który musiał poczekać jeszcze na swój pociąg, a my z Brzezikiem pojechaliśmy do Łodzi.

Jednak, tak jak nie skończyła się jeszcze kariera AC/DC i przygody braci Winchesterów, tak dla mnie i dla kilkudziesięciu tysięcy fanów nie skończyła się jeszcze historia bemowskich koncertów. Już za 3 tygodnie zbierze się tam śmietanka trash metalu czyli Anthrax, Megadeth i Slayer [no i Nergal ze swoim Behemothem]. Jednak główną gwiazdą wieczoru będzie ten sam zespół, który 19 lat temu supportował AC/DC na koncercie w Chorzowie. 16 czerwca w Warszawie wystąpi Metallica.

Autor: Adam
Głupie i niepotrzebne komentarze: SSJ

SKOMENTUJ NA FORUM



Supernatural.com.pl @ Wszelkie prawa zastrzeżone.Strona Non- Profit prowadzona przez fanów dla fanów.