Agencja - Biuro nieruchomości Kraków, Wrocław, Gliwice
GWROTA
panteon
stv
Wgraj obrazek o tytule art-finalutracony.jpg do katalogu /images/belki/statyczne/

Finał utracony?

Skończyło się. Przygoda trwająca pięć lat dobiegła końca. Były wzloty, były upadki i był też finał. Finał wzbudzający ogromne emocje, co do tego nie ma wątpliwości. Część osób dostała dokładnie to, czego chciała, część srogo się zawiodła. Dla mnie był to najbardziej wyczekiwany odcinek tego roku i… zostałem usatysfakcjonowany.

Nie chciałbym nikogo obrażać, krytykować, ani uznawać swoją opinię jaką tę jedyną i słuszną, ale prawda jest taka, że jeśli finał cię zawiódł to… nie oglądałeś uważnie tego serialu. Twoje oczekiwanie nie były za wysokie, twoje oczekiwania były po prostu błędne. Złe. Niewłaściwe. Finał Supernatural był taki jak cały serial – z takim samym klimatem, z takimi samymi bohaterami, z takimi samymi rozwiązania fabularnymi.

Na sam odbiór finału duży wpływ ma także to, kiedy ktoś zaczął oglądać serial. Jeśli ktoś oglądał na bieżąco tylko piątą serię, nie jest tak zżyty z Supernatural i samymi Winchesterami. Kiedy ktoś ogląda odcinek po odcinku, nie ma czasu na zastanawianie się nad postaciami, wydarzeniami, przyjmuje je takie, jakimi są. Nie odgrywają one w jego życiu większego znaczenia. Nic zatem dziwnego, że poszukuje w serialu (i samym finale) przede wszystkim akcji.

Fani zawsze będą narzekać
Apokalipsa, ostateczna wojna pomiędzy dobrem a złem. Anioły kontro demony. Bóg kontra Szatan. Wielkie kataklizmy, zniszczenia, schyłek ludzkości, ogólnie mówiąc: koniec świata, jaki znamy. Tak przedstawia się to w literaturze, taki też opis występuje w Biblii. Choć wiele osób tego nie dostrzega, Supernatural poszło zupełnie inną drogą. Owszem, mamy mnóstwo katastrof, ale są to wydarzenia, jakie towarzyszą nam w prawdziwym świecie – epidemie, pożary, tornada. Twórcom zależało na tym, żeby Apokalipsa była jak najbardziej wiarygodna. I udało im się to. Biblijny koniec świata rozgrywa się na naszych oczach cały czas, a ludzkość tego nie dostrzega. Kto oczekiwał efektów i cudów na miarę Pojutrze czy 2012, niesamowicie się zawiódł.

Oczywiście, nie było na coś takiego pieniędzy, ale to nie wytłumaczenie. Jeśli nas na coś nie stać, to tego nie robimy, jasne. Cały szkopuł w tym, że nawet gdyby Kripke i spółka mieli większy budżet, to i tak byśmy nie zobaczyli inwazji obcych czy statków kosmicznych. To nigdy nie miało tak wyglądać. Z całą Apokalipsą jest jak z potworami, z którymi bracia walczyli w pierwszych trzech sezonach – wszystko istnieje i dzieje się naprawdę, ale tylko garstka ludzi o tym wie.

Skoro to zakończenie, musi ono finalizować pewne sprawy
Mimo że będzie szósta seria, Swan Song wydawało się być bardziej nie finałem sezonu, ale serialu. I chwała za to twórcom. Nie zdecydowali się na przeciąganie fabuły, zostawienie otwartych wątków, nie. Ile to już razy zamówienie przez stację kolejnego sezonu wpływało negatywnie na samą produkcję? Pomyślcie o One Tree Hill, The X-Files czy Prison Break. Ich ostatnie sezony zupełnie nie przypominają początkowych. I nikt nie miałby pretensji, gdyby utrzymywałaby w tej nowej formule przyzwoity poziom, ale… wiadomo jak to wyszło.

Dostaliśmy finał pięciu sezonów, a szósty będzie nową historią, opowiadaną w tym samym klimacie. Dokładnie tak jak filmowy sequel, co też już nie raz mówiła Sera Gamble, czołowa scenarzystka i producentka.

Zakończenia są trudne
Kripke wychodzi ze starcia z finałem obronną ręką. Plan został pięcioletni wykonany. Wszystko się ładnie rozwiązuje, praktycznie na każde zadane pytanie w ciągu tych ostatnich lat dostajemy odpowiedź. Widać, że fabuła nie była pisana na kolanie, ale starannie zaplanowana i to już na samym początku. To nie Heroes, gdzie jedna historia zaprzecza drugiej, gdzie historia jest tak skomplikowana, że nie wiadomo, o co w niej chodzi… Po finale piątej serii Supernatural wszystko jest jasne.

Swan Song, jak już mówiłem, był dokładnie taki, jak oczekiwałem. Idealnie wpasował się w klimat serialu, trzymając się znanych już sztuczek, schematów, będąc jednocześnie zaskakujący i wyjątkowy. W ciągu 40 minut, pomiędzy akcją związaną z Apokalipsą, mamy kilka przerywników, w których poznajemy szerzej historię Chevroleta Impali. Czarny muscle car towarzyszył braciom w podróży (i tej rzeczywistej, i tej metaforycznej) na każdym kroku. Fani zaliczali go jako trzeciego głównego bohatera serialu. Ba, do dziś wielu uważa, że to on, a nie Adam, jest pełnoprawnym trzecim Winchesterem.

Podstawą serialu od zawsze były relacji między braćmi, nie akcja, nie efekty specjalne. Nawet, gdy Winchesterowie są w trakcie polowania, zwykle można dopatrzeć się w scenariuszu drugiego dna. Gdy w Metamorphosis Sam i Dean stają oko w oko z ruguru, w rzeczywistości chodzi o walkę Sama ze swoją mroczną stroną, gdy w The Curious Case of Dean Winchester trwa walka z wiedźmą, podejmowany jest motyw nieprzyjemnej śmierci, na jaką skazani są łowcy, a w Sam, Interrupted, szpital psychiatryczny, w którym bracia dają się uwięzić, jest metaforą ich zniewolenia i wyalienowania przez życie. Podobnych przykładów można dopatrzeć się praktycznie w każdym odcinku.

To naprawdę masakryczna rzecz
Mimo patosu, rozmachu wydarzeń znalazło się też miejsce na trochę humoru. Wszystkie postacie pozostają sobą, scenarzyści nie zmieniają ich, nie dopasowują sobie ich cech do scenariusza. Cas życzący Samowi powodzenia, znakomicie rozładował narastające napięcie przed konfrontacją z Lucyferem, a wjazd Deana w Impali i jego bezczelna, nonszalancka odzywka do dwóch aniołów sprawia, że usta same się uśmiechają.

Pojawia się także sporo odwołań do poprzednich odcinków. Lucyfer mówiący „Czekałem na ciebie od bardzo, bardzo dawna” przypomina Sama sprzed roku, kiedy to stojąc przed Lilith wypowiadał bardzo podobne słowa. Z kolei Dean w jednej z początkowych scen nazywa Sama „zbyt dużym facetem” – kto pamięta jeszcze tego młodego, chudziutkiego młodego Winchestera z pierwszego sezonu? Wtedy to Dean niepodzielnie rządził nie tylko swoimi tekstami, ale także muskulaturą. Nieodłączną częścią Supernatural jest także rockowa muzyka, której nie zabrakło i w finale. Odcinek otwiera „Carry on My Wayward Son” zespołu Kansas, piosenka stająca się chyba jednym z najbardziej charakterystycznych symboli serialu. Gdy usłyszałem po raz głos wokalisty Steve’a Walsha, łza zalśniła w moim oku. W tym momencie zabrzmiała dla mnie bardziej podniośle i „epicko”, niż choćby motyw z Władcy Pierścieni Howarda Shore’a.

Scenarzyści zaserwowali nam kilka niespodzianek. Nawet, gdy ktoś czytał wszystkie spoilery nie miał szans na odgadnięcie rozwoju wypadków, jaki zobaczyliśmy. Sam zapierał się przed powiedzeniem „tak” Lucyferowi przez cały sezon i choć chyba każdy podejrzewał, że w końcu to zrobi, to kto pomyślał, iż zrobi to całkowicie z własnej woli? Bez żadnego manipulowania przez demona, czy inne zło, Sam mówi „tak”. Jego zachowanie jest całkowicie logiczne i uzasadnione. Równie niespodziewanym zwrotem akcji było to, że Lucyfer wiedział o pierścieniach Jeźdźców Apokalipsy. To nieco pokrzyżowało plany Winchesterów, jednak Sam nie widząc innego wyjścia i tak zgadza się na oddanie Diabłu swojego ciała. Ten zaś nie dość, że zabiera pierścienie, to jeszcze nie daje młodemu Winchesterowi praktycznie żadnych szans na zdobycie kontroli i wydaje się, iż wszystko w rękach archanioła Michała. Tylko on jeden może go powstrzymać.

W końcu nadchodzi chwila wielkiego pojedynku – Michał kontra Lucyfer. Wygląda to jednak zupełnie inaczej, niż się spodziewaliśmy. Choć początkowo obaj bracia mówili „nie”, to zdawało się, że ostatecznie i tak staną naprzeciwko siebie. Teraz Michał znalazł sobie nowe naczynie i Dean nie jest mu nawet potrzebny. I właśnie w tym momencie pada cała teoria przeznaczenia, wolna wola jest ważniejsza.
 
Dlatego walka między Lucyferem a Michałem nie jest nieunikniona. To, że coś jest przeznaczone, wcale nie oznacza, iż musi się stać. Wielkie starcie kończy się jedynie na słowach i dzięki swojemu poświęceniu Winchesterowie ratują miliony osób przed śmiercią, a cały świat przed zagładą.

Zakończenia to inna para kaloszy
Na pole bitwy wkraczają Castiel i Bobby. Nasz ulubiony aniołek prezentuje nowy sposób użycia świętego oleju, szybko jednak prowadzi go to do własnej śmierci. Ci, którzy czytali spoilery, wiedzieli, iż w odcinku zginie jedna ważna, ukochana przez fanów, postać. Ginie więc Castiel. Totalnie zbici z tropu jego nagłą i niespodziewaną śmiercią, nie zdążamy pozbierać myśli, nim ginie Bobby, kolejny ważny, jeśli nie ważniejszy bohater. Apokalipsa zbiera krwawe żniwo.

Ale to jeszcze nie koniec szokujących zwrotów akcji. Lucyfer staje oko w oko z bezradnym wobec mocy anioła Deanem. Diabeł nie daje mu taryfy ulgowej, mocno go obija. Sam myślałem, że z pomocą przyleci - chwilowo odesłany przez Casa – Michał. Staje się jednak coś, na co straciliśmy już nadzieję – Sam odzyskuje kontrolę. Mylą się wszyscy ci, którzy uważają, że dzieje się to dzięki Impali, dzięki jakiemuś żołnierzykowi. Nie. Dzieje się to przez to, co te rzeczy reprezentują – miłość. Miłość do swojego brata, dobro w najczystszej z możliwych postaci. Podobnie jak Lord Voldemort nie może znieść tego uczucia w Harrym Potterze, tak też Lucyfer staje się bezradny w Supernatural. Miłość zawsze zwycięża (łac. amor omnia vincit) – proste, ale jakże piękne.

Klatka zostaje otwarta ponownie i wpada w nią nie tylko Lucyfer, ale także sam Michał. I po raz kolejny – kto takiego przebiegu akcji się spodziewał?! Dodatkowo Kripke udowadnia, że potrafi grać na emocjach co najmniej tak dobrze jak laureat ostatniego Konkursu Chopinowskiego na fortepianie. Wzruszającą atmosferę uzyskuje przez znakomity dobór scen z poprzednich odcinków i – co wydaje się niemożliwe – absolutny brak muzyki. Słyszymy tylko wiejący wiatr. Dopiero kilkadziesiąt sekund później daje możliwość wykazania się kompozytorowi i wyciska z widzów (w szczególności żeńskiej części widowni) ostatnie łzy, podczas gdy Diabeł wpada do klatki.

Zawsze będą jakieś dziury
Bogiem okazuje się być Chuck. No dobrze, nie mamy pewności, ale bardzo, bardzo wiele na to wskazuje. Rozwiązanie może się komuś podobać lub nie, ja osobiście nic do niego nie mam. Bóg jak się okazuje nie opuścił ludzi i czuwał nad wszystkim. Przecież zresztą tego oczekujemy od wolnej woli, prawda?

Nieco zbyt szybko chyba wskrzeszono Bobby’ego i Castiela. Jeszcze nie zdążyliśmy pogodzić się z ich śmiercią, zatęsknić za nimi, a już byli z powrotem na nogach.

Średnio wypadły także efekty. Ekipie nie brak umiejętności, ale na pewno pieniędzy. Widać to w szczególności w porównaniu z ostatnim finałem Smallville, z którego komputer aż się wylewał (ale oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu). Rozpryśnięcie się Casa wypadło nieco tandetnie, trudno mi się z tym nie zgodzić. O wiele lepiej wyglądała śmierć Anny w The Song Remains the Same – spalenie się ciała i zamiana w popiół robiły spore wrażenie. Kilkusekundowe ujęcie z góry, kiedy Lucyfer i Michał wpadają do klatki także można było dopracować, ale jak się domyślam, na to też zabrakło pieniędzy. Jednak jak na serialowe warunki i tak wypadło to całkiem nieźle. Pan Kripke nie jest głupi i jeśli nie ma na coś wystarczających środków, nie robi tego. Dlatego też nie żałuję, że nie było wielkich pożarów czy innych katastrof - wyglądałoby na to na pewno fatalnie. Twórcy za to bronią się i o kataklizmach słyszymy w telewizji. Rozwiązanie może i płytkie, ale przynajmniej nie pomijają tego tematu. Mogliby się od nich uczyć osoby odpowiedzialne za produkcję V, nowego serialu stacji ABC, gdzie efektów jest cała masa, ale ich jakość jest porażająco słaba. Rób to dobrze, albo wcale – popieram dewizę Kripke.

Spisali się całkiem nieźle
Padły też zarzuty, że cała Apokalipsa została „przegadana”, było za mało akcji, a za dużo rozmów. Cóż, powtarzam – taki jest styl tego serialu. Wiadomo, że koniec świata automatycznie kojarzy się nam z wielkimi wydarzeniami, ale ekipa Supernatural miała inny pomysł. Takich zarzutów nie można mieć do finału, lecz co najwyżej całego serialu. To tak jakby dziwić się, iż w Lost dostajemy kolejną tajemnicę bez odpowiedzi, a w Stargate nowe, robiące cuda urządzenie…

Prześledźmy kilka najważniejszych wydarzeń, jakie doprowadziły Winchesterów i aniołów to tego pojedynku na Stull Cementary. Serialowe Piekło ma wrota w Wyoming, stanie raczej biednym i niezbyt ludnie zamieszkanym, na dodatek nie na jakimś wielkim, słynnym cmentarzu w stolicy. Lilith, pierwszy i najpotężniejszy ze wszystkich demonów, ukrywa się w New Harmony, w stanie Indiana. To miasteczko ma zaledwie niecały 1000 mieszkańców! Demony nie afiszują się swoją obecnością, bo nie chcą zwracać na siebie uwagi, widać to już od samego początku. Brak wielkich, słynnych lokacji jest kontynuowany dalej w czwartym i piątym sezonie. Dean powraca z Piekła w środku bliżej nieznanego nam pola, a Lucyfer jest uwięziony w małej kaplicy w Ilchester. Nie żadna Bazylika św. Piotra w Watykanie, a zwykły, szary kościółek.

Nic dziwnego zatem, że finałowa walka Michała z Lucyferem nie rozgrywała się na Times Square w Nowym Jorku czy Trafalgar Square w Londynie. Wszystko kończy się tam, gdzie się zaczęło – w Lawrence, w stanie Kansas.

Poszli własną ścieżką
Tak naprawdę, gdyby doszło do zapowiadanej walki, niemożliwa byłaby kontynuacja serialu. Nie mówię, że zmieniono ze względu na to zakończenie (bo szczerze mówiąc nie wierzę w to), tyle że przecież po pokonaniu Lucyfera, Bóg miał zrobić Raj na ziemi. Lucyfer i całe zło przestałoby istnieć. Dean nie mógłby pójść do Lisy i wypić zaległego piwa – nie byłoby już zwykłego, tradycyjnego życia. Być może Winchesterom udało się jedynie opóźnić koniec świata i Diabeł ponownie zostanie uwolniony (tym razem w jakiś inny sposób, wszak wiadomo, że Lilith nie może zginąć po raz drugi).

I wreszcie ostatnia scena. Sam pod latarnią. Zaskakująca, szokująca i zostawiająca nas w niepewności. Można być jej przeciwnikiem, stwierdzać, iż była niepotrzebna – dzięki niej jednak będziemy czekać na sezon szósty z zaciekawieniem, jakiego brakowały, gdyby się na nią nie zdecydowano.

Nic tak naprawdę się nie kończy, prawda?
A przynajmniej historia braci Winchester - kolejny rozdział z ich życia zobaczymy już jesienią. Ponoć mamy się spodziewać powrotu do korzeni, do klimatu znanego z pierwszego sezonu. Wydaje się to rozsądnym wyjściem, zwłaszcza, że nic większego od Apokalipsy wymyślić się po prostu nie da.

Swan Song to dla mnie jeden z najlepszych odcinków Supernatural. Choć nie był idealny (ale ideałów przecież nie ma) i tak zdaje się, że będzie także najlepszym finałem tego roku. Ostatnie zdanie może wydawać się zbyt daleko idącym przypuszczeniem – gdyż już za kilka dni finał Lost – ale nie wydaje mi się, żeby ten zdołał wywołać u mnie podobne emocje.

Autor: SSJ

SKOMENTUJ NA FORUM



Supernatural.com.pl @ Wszelkie prawa zastrzeżone.Strona Non- Profit prowadzona przez fanów dla fanów.